marianna22 | e-blogi.pl
Blog marianna22
Poetycko. 2017-10-31

 **


kiedy przyjdzie mi się z życiem rozstać


gdy nadejdzie już ta chwila


nie pozwól mi samotnie przez nią przejść


 


często myślę jak to będzie


czy twoje dłonie wesprą mnie wtedy


i zetrą z mojej twarzy ślady łez


 


nie chcę odchodzić kochany


lecz tak już w tym życiu jest nieubłaganym


że jest czas powitań i pożegnań czas


 


czytam z głębin twoich oczu jak z otwartej księgi


widzę rozpacz i niepewność przyszłych dni


lecz chciałabym żebyś mi obiecał


 


że nawet gdy ja zgasnę miłość moją zachowasz


w wierszach pełnych tęsknoty w wersach i strofach


które po mnie pozostaną


 


a ty nie pozwól bym zgasła


niech nadziei jasny płomyk drga


odbierz mnie śmierci – to nie jest jej czas...


 


 


© Marianna/Poezja M.


/inspiracja wierszem H. Poświatowskiej „Kiedy umrę kochanie”/


 



 


 zdj.internet


Recenzja książki. 2017-10-27

Magnetyzer, Konrad. T. Lewandowski, kryminał, Cykl:Jerzy Drwęcki, tom 1, wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie 2007, str. 238.




Warszawa końca lat 20. ubiegłego stulecia. Eleganckie kawiarnie, w których namiętnie dyskutuje się o Einsteinie i Freudzie, oraz brudne spelunki, gdzie nad setką wódki załatwiają porachunki chłopaki z ferajny. Nowoczesne ulice rozwijającej się stolicy i zapyziałe zaułki. Komisarz Jerzy Drwęcki zgłębia mroczne tajemnice tych światów, tropiąc szaleńca, który posiadł umiejętność przestrajania ludzkich umysłów. Kluczem do zagadki są odnalezione po latach zapiski rosyjskiego magnetyzera. Autor wpisuje się w krąg mistrzów kryminału miejskiego, takich jak Leopold Tyrmand i Marek Krajewski. 




Znakomicie oddany klimat przedwojennej Warszawy i galeria barwnych postaci z epoki, od najprzystojniejszego ułana II Rzeczypospolitej Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego i erudyty Franca Fiszera, po Tatę Tasiemkę, legendarnego króla Kercelaka, uwikłanych w intrygującą zagadką kryminalną gwarantują zabawną i zaskakującą lekturę.




Autor wpisuje się w krąg mistrzów kryminału miejskiego, takich jak Leopold Tyrmand i Marek Krajewski. 




Dobry, wciągający kryminał retro z komisarzem Jerzym Drwęckim, utrzymany w klimacie Warszawy z lat XX, jak dla mnie gratka ;) Lubię takie kryminały, a ten bardzo mi się spodobał. Z pewnością sięgnę po inne części z serii. Polecam.


 




Co jest ważne. 2017-10-24


Poetycko. 2017-10-24

Jeśli zachcesz odejść





nie czekaj


zanim świt się zdąży zarumienić


tylko wyjdź najciszej jak zdołasz


żeby nie zbudzić moich łez


- jeszcze na to zbyt wcześnie





jeśli zechcesz odejść





nie zapomnij


czerwonego szalika z reniferem


szpilek do mankietu


krawata z plamą od wina


małej muszli znad morza


- one będę za tobą tęsknić





jeśli zechcesz odejść





zabierz ze sobą


także wspomnienia


żeby szarość dni mogły rozjaśnić


weź czerwień z warg – i tak zbledną


błękit odbierz spojrzeniu


- i tak nie będzie mi potrzebne





bez ciebie


nic już nie będzie takie jak kiedyś


nawet ja bez ciebie


nie będę sobą...





© Marianna/Poezja M.



zdj.internet



Recenzja książki. 2017-10-21

Wszystko wina kota!, Agnieszka Lingas-Łoniewska, literatura obyczajowa i romans, wyd. Novae Res 2017, str. 400.


Czasami życie pisze najlepsze scenariusze! Romantyczna komedia omyłek. 


Bestsellerowa pisarka, Lidia Makowska, od lat tworzy popularne wśród kobiet powieści, wydając je pod pseudonimem Róża Mak. Właśnie kończy pisać kolejną książkę i już zaczyna się martwić, co tym razem zarzuci jej Jack Sparrow – czołowy bloger bezlitośnie punktujący niedociągnięcia wszystkich poprzednich powieści. Jednocześnie namawiana przez agentkę i przyjaciółkę, Karolinę, przygotowuje się do telewizyjnego wywiadu, aby ujawnić wszystkim fanom swoją prawdziwą twarz. Żąda jednakże, aby wywiad poprowadził Jack, który jako krytyk literacki także występuje incognito. 


Fajna, lekka, trochę zabawna, a momentami wzruszająca, pełna emocji i zbiegów okoliczności powieść. Fabuła opowiada o losach kilku przyjaciółek, a w tle pewien rudy kot o imieniu James. Jeśli chodzi o moje odczucia, to zostałam praktycznie od samego początku wciągnięta w perypetie bohaterów, czytało mi się zadziwiająco szybko i lekko, gdyż język był prosty i przystępny, co w powieściach obyczajowych wydaje mi się niezbędne. Książka sprawiła, że się wspaniale zrelaksowałam i odprężyłam, były momenty, gdy śmiałam się do łez, ale i takie, gdy udało mi się wzruszyć. Poza tym emocje, w tej książce było ich tak wiele, a to przecież jest podstawa każdej powieści. Była to moja pierwsza książka pani Agnieszki, ale nie ostatnia. Polecam dla tych, którzy chcą spędzić przyjemne chwile przy lekkiej, zabawnej komedii romantycznej.




Ważne, życiowe. 2017-10-20


Cytat. 2017-10-20


Poetycko. 2017-10-19

**


 


niech księżyca blask


towarzyszy mi tam gdzie


noc zamyka oczy i gdzie na gałęzi śpi ptak


 


kwiaty zamknęły swoje płatki


cisza zaległa nad domem


 


w kalejdoskopie z gwiazd


szukam swoich dróg


 


tak łatwo się zgubić


we własnych pragnieniach


lecz czy można bez nich żyć?


 


© Marianna/Poezja M.


 


Poezja M. 2017-10-19

**


 


Jak pająk


ukryte w kącie pokoju


drzemią marzenia


 


pochowałam je dawno temu


bałam się je obudzić


w obawie że się nie spełnią


 


dzisiaj wyrywam z uśpienia


poję nadzieją jak zwiędłe kwiaty


poi się wodą


 


niech odżyją


 


a wtedy niebo rozbłyśnie


milionem gwiazd


i ziemia się zatrzęsie


 


nim zgaśnie noc


pojmę czy warto dla nich żyć


 


© Marianna/Poezja M.


 


 


Mazurski dworek. 2017-10-17

Rozdział 3.


W tym samym czasie Marcelina przygotowywała obiad dla gości pensjonatu, wśród których znajdował się pięćdziesięcioletni profesor psychologii Ksawery Płosiński pracujący nad podręcznikiem dla osób zmagających się z depresją, seniorka rodu, hrabina Antonina Koniecpolska odpoczywająca po chorobie, towarzyszyła jej wnuczka Gabrysia – trzynastolatka rozmiłowana w poezji oraz Jacek Andrut, gość, który zrobił największe wrażenie na Marcelinie. Kobieta nie pamiętała by ktokolwiek dotąd działał na nią aż tak silnie. Przystojny, opanowany, tajemniczy. Miał w sobie coś takiego, że serce Marceli drgnęło na jego widok. Przestraszyła się swojej reakcji. To, co później wydarzyło się podczas kolacji napawało ją zawstydzeniem, jak mogłam tak się unieść, zastanawiała się. Lecz później doszła do wniosku, że nikt dawno nie powiedział jej żadnego komplementu, to stąd tak nerwowo zareagowała na słowa Andruta. Na szczęście wszystko sobie wyjaśnili. Od tamtej pory Marcela postanowiła trzymać się na dystans, a swoje emocje na wodzy.


- Tak będzie najlepiej. Nikogo nie zrani, ani nikt nie zrani jej. Nie chciała znowu cierpieć. Co to to nie! Będzie miła i uprzejma, ale nic ponadto.


Zajęta myślami na temat Jacka nawet nie zauważyła jak nadeszła pora obiadu. W jadalni pojawiły się już hrabina Koniecpolska z wnuczką.


Marcela podała zupę krem z brokułów życząc gościom smacznego i wróciła do części kuchennej, która oddzielona była od jadalnia przestronną wyspą.


Po chwili na schodach słychać było kroki profesora i jego głos życzący paniom smacznego. Brakowało tylko Andruta, który nie pojawił się na obiedzie, co trochę zaniepokoiło Marcelinę, ale ta myśl szybko jej umknęła.


Wniosła drugie danie schab ze śliwkami i postawiła parujący półmisek na stole. Goście zajęci rozmową niemal jej nie zauważali.


- Hrabino, nawet pani nie wie, ilu ludzi w tym kraju cierpi na depresję, a ilu popełnia samobójstwo nie mogąc sobie poradzić z wszechogarniającym smutkiem – perorował profesor z twarzą rozognioną i błyszczącymi oczami, skrytymi za okularami w złotej oprawce. - Mój przewodnik będzie dla nich drogowskazem jak przetrwać trudne chwile, jak radzić sobie ze smutkiem i czego unikać. To będzie sukces, droga pani!


- Zapewne, profesorze – odrzekła chłodnym głosem hrabina. - Czytałam, że depresja to plaga XXI wieku. Nie każdy wie jak sobie z nią radzić – zerknęła na wnuczkę – Gabrielo! Proszę cię moje dziecko nie garb się. Nie rozumiem jak młoda dama w twoim wieku może być tak chuda i blada. Na szczęście szybko poprawi ci się nastrój, gdy tylko wyjdziemy na długi spacer nad jeziorem. Nabierzesz kolorów i ochoty do życia.


- Dobrze, babciu – dziewczyna miała cichy, lekko drżący głos, nie sprzeciwiała się babce, we wszystkim potulnie zgadzała. Nie wyglądała najlepiej, co bardzo martwiło hrabinę, która podejrzewała, że jej wnuczka cierpi na anemię. Prawie nic nie je, tylko przesiaduje w pokoju z nosem w książce. Hrabina miała nadzieję, że dzięki temu wyjazdowi uda jej się zbliżyć do wnuczki i wybadać, co jej dolega. Nikt zdrowy przecież tak nie wygląda! Co więcej rozmowa z profesorem uświadomiła jej, że Gabriela może cierpieć na depresję. Postanowiła zetem działać czym prędzej.


- Profesorze, po czym rozpoznać pierwsze symptomy depresji u nastolatków? – spytała ściszając głos, przy czym znacząco spojrzała na wnuczkę.


Profesor podchwycił to spojrzenie i pokiwał ze zrozumieniem głową.


Gabrysia niczego nieświadoma niemrawo gmerała widelcem w swoim talerzu. Wyglądała na nieobecną.


- Trafne pytanie hrabino. Z badań, które przeprowadziłem wynika, że aż 10-15 % młodzieży cierpi na to zaburzenie. Zwykle jego przyczyną jest negatywny wpływ otoczenia, a także czynniki biologiczne i społeczne. Objawy depresji u dzieci i młodzieży są bardzo różne. Może się ona objawiać zaburzeniami łaknienia i snu. Zwykle osoba u której rozpoznaje się depresję jest wyobcowana, unika kontaktu z otoczeniem, zamyka się w sobie, jest apatyczna, wszystko jest jej obojętne, nic ją nie cieszy. Podstawą leczenia depresji jest psychoterapia. Dziecko z objawami depresji wymaga szczególnej opieki i wsparcia ze strony najbliższych. Potrzeba dużo cierpliwości, wyrozumiałości i troski ze strony najbliższego otoczenia. Jeśli psychoterapia zawiedzie zostaje leczenie farmakologiczne, w tym przypadku są to leki przeciwdepresyjne, które jak wiadomo niosą ze sobą ryzyko działań niepożądanych. To w skrócie hrabino, jeśli jest pani zainteresowana tym tematem proszę przyjść do mojego pokoju po kolacji, tam w spokoju porozmawiamy – dodał profesor.


Hrabina lekko skinęła głową na znak zgody, po czym sięgnęła po półmisek z drugim daniem.


Gabrysia nadal niczego nieświadoma pogrążona była we własnych myślach. Niemrawo jadła obiad, choć było widać, że wyraźnie nie ma apetytu i na siłę próbuje przełknąć tych kilka kęsów.


Starsza pani zadowolona ze swojej spostrzegawczości, ani przez chwilę nie brała pod uwagę tego, że może nie mieć racji.


Profesor przerwawszy swój psychologiczny wywód także się zamyślił, ale nie przeszkodziło mu to w pałaszowaniu całkiem sporej porcji schabu ze śliwkami.


I tylko Jacek Andrut nadal pozostawał nieobecny, co wzbudzało dodatkowy niepokój Marceli kończącej przygotowywanie obiadu. Jednak na krótką chwilę kobieta zapomniała o swoich obawach względem Andruta i zajęła się krojeniem szarlotki, jeszcze ciepłej po wyjęciu z piekarnika, i posypywaniem jej cukrem pudrem. Z zamrażalnika wyjęła lody waniliowe i ułożyła na każdej porcji ciasta sporą gałkę chłodnego przysmaku. Deser wyglądał przepysznie i jeszcze lepiej pachniał. W powietrzu unosił się aromat pieczonych jabłek i cynamonu zmieszany z nutą melancholii, która towarzyszyła Marcelinie za każdym razem, gdy spojrzała na zegar. Lada moment zakończy się pora wydawania obiadu a po Jacku ani śladu. Co mogło go tak zaabsorbować, że zapomniał o posiłku? – zastanawiała się, gdy tymczasem z jadalni dochodziły przytłumione głosy pozostałych gości pensjonatu.


Czas wracać do obowiązków – pogoniła samą siebie, ale uczucie dziwnej, niczym nieokreślonej tęsknoty nie chciało jej opuścić. Trudno, jakoś to w sobie stłumię, postanowiła niosąc gościom deser.


Za dwa tygodnie Andrut wyjedzie, a ja odetchnę z ulgą – westchnęła.


Gdyby wiedziała, co szykuje jej los pewnie sama wyjechała by czym prędzej. Jednak los jak to bywa lubi być przewrotny o czym niebawem Marcela miała się przekonać.


  


 


Mazurski dworek. 2017-10-17

Rozdział 2. 


Gdy Jacek zszedł rano na śniadanie w jadalni nie było żywego ducha.


Ciekawe, czy oprócz mnie ktoś jeszcze gości w pensjonacie, zastanawiał się, zważywszy na ciszę jaka tutaj panuje. Choć z drugiej strony, właśnie dlatego zdecydował się na to miejsce skuszony spokojem, pięknem okolicy i samym pensjonatem. No i właścicielka. Na wspomnienie Marceliny poczuł dziwną tęsknotę. I zawstydzenie powodowane swoim wczorajszym zachowaniem. Jacek doszedł do wniosku, że musi jakoś naprawić swoje faux pas, nie wiedział jeszcze jak, ale zrobi to na pewno.


Swobodnym krokiem wyszedł na taras pensjonatu i zapatrzył się przed siebie. To był zachwycający widok. Poranne promienie słońca delikatnie pieściły przejrzystą taflę jeziora, ptaki śpiewały w zagajniku nieopodal, zieleń drzew i zapach kwiatów dopełniały ten idylliczny obraz. Cisza, spokój, tak tutaj mogę odpocząć. Odetchnął głęboko, po czym ruszył w stronę jeziora. Spacer przed śniadaniem podsyci mój apetyt. Jak pomyślał tak zrobił. Szedł spokojnym krokiem, jezioro z każdą chwilą przybliżało się. W powietrzu unosił się jego niepowtarzalny zapach. Wszystkie napięcia z ostatnich tygodni powoli opadały. Jacek przystanął i rozejrzał się po okolicy. Dostrzegł kilka żaglówek poruszających się na falach porannego podmuchu wiatru. Ten piękny obrazek zasługiwał na uwiecznienie. Mężczyzna pożałował, że nie zabrał ze sobą aparatu. Mógłby zrobić kilka zdjęć i oglądałby je potem w deszczowe, jesienne wieczory. Postanowił, że po śniadaniu wybierze się na spacer po okolicy. I zabierze aparat. Spojrzał na zegarek, dochodziła dziewiąta. Wrócił więc do pensjonatu i rozejrzał się za właścicielką. Niestety, nigdzie jej nie było. Natomiast na stole pojawiło się śniadanie. Kawa w dzbanku, talerzyk z masłem, świeżym pieczywem, pomidory, kozi ser z tymiankiem, wędlina. Zasiadł więc do stołu i sięgnął po znajdujące się na nim smakołyki.


Kończył już śniadanie, gdy weszła Marcelina. Dziś ubrana była w luźną sukienkę w kolorze wschodzącego słońca. Włosy związała w warkocz. Wyglądała młodo i świeżo.


- Dzień dobry panie Jacku. Jak się panu spało na nowym miejscu? - zagaiła, ale w jej głosie nie było wczorajszej serdeczności, a jej uśmiech był jakby wymuszony.


To wszystko moja wina, zganił się w duchu Jacek.


- Dziękuję, bardzo dobrze. Spałem jak niemowlę – uśmiechnął się i podniósł z krzesła. - Pani Marcelino, chciałbym przeprosić za moje wczorajsze zachowanie. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Nie powinienem był tego mówić – dodał poważnym tonem. - Nie chciałem pani zranić.


- Skąd mógł pan wiedzieć. Ja też niepotrzebnie zareagowałam tak emocjonalnie. Zapomnijmy o tym, co się stało.


- Bardzo pani wspaniałomyślna. Dziękuję za wyrozumiałość. Postaram się na przyszłość unikać zbędnych komentarzy. Raz jeszcze przepraszam.


Uśmiechnęła się słysząc jego słowa. I tym razem był to radosny uśmiech. Błękitne oczy rozbłysły. Jacek patrzył w nie jak urzeczony. Potrząsnął głową żeby wyrwać się z zauroczenia i zapytał:


- Jak pani sobie radzi sama z tym wszystkim? - ogarnął wzrokiem cały pensjonat. - Musi być pani bardzo zorganizowaną kobietą. Szczerze podziwiam, nie wiem czy ja umiałbym poradzić sobie z tyloma obowiązkami – starał się by zabrzmiało to jak podziw. Bo naprawdę zaczął coraz bardziej podziwiać Marcelinę.


- Na początku, gdy mąż zginął, było mi bardzo ciężko. Zostałam sama z wielkim pensjonatem, przez chwilę zastanawiałam się czy go nie sprzedać. Ale rodzina i przyjaciele zaoferowali pomoc i jakoś to ruszyło dalej. Po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że zapominam o bólu, gdy zajmuję się pracą.


- To prawda, że praca i obowiązki odwracają naszą uwagę od trosk i zmartwień – przyznał jej rację. - Trzeba tylko pamiętać, że nie samą pracą człowiek żyje i znaleźć czas na odpoczynek i na drobne przyjemności.


- A jakie ja mogę mieć przyjemności? - uśmiechnęła się z goryczą.


Marcelina była realistką.


- Wie pan, jak to jest, człowiek z czasem przyzwyczaja się do samotności – popatrzyła gdzieś w przestrzeń przed siebie nostalgicznym spojrzeniem.


- Przecież przed panią jeszcze całe życie. Jak to mówią coś się kończy żeby zrobić miejsce czemuś nowemu. Lepszemu.


- Filozof z pana – uśmiechnęła się delikatnie. - Może i ma pan trochę racji, ale ja myślę, że życie jest niesprawiedliwe. Najpierw nam coś daje, a później to odbiera – w jej głosie pojawiła się nuta goryczy i żalu.


Jacek bardzo chciał ją jakoś pocieszyć, ale z drugiej strony nie chciał też znowu popełnić jakiejś gafy. A przy Marcelinie zdarzało mu się to zadziwiająco często. Domyślał się tylko ile bólu i łez kobieta musiała wylać po stracie męża.


Chciał ją pocieszyć, dodać otuchy, ale gdy zrobił krok w jej stronę ona wycofała się.


- Muszę wracać do swoich obowiązków. Przepraszam, że zawracam panu głowę swoimi problemami. Jest pan na urlopie i przyjechał wypocząć, a nie słuchać moich smędzeń – po czym nie czekając na jego reakcję wyszła z jadalni.


Pół godziny później Jacek szedł już żwawym krokiem w stronę jeziora. W plecaku niósł kanapki, wodę mineralną, książkę, koc i aparat fotograficzny. Wiedział, że długi spacer na świeżym powietrzu dobrze mu zrobi. A pogoda do pieszych wędrówek była idealna. Słońce świeciło wysoko na niebie, błękit nieba zasnuwały tylko pojedyncze białe obłoki, lekki wietrzyk przynosił ze sobą zapach kwiatów i ziół z łąki nad zagajnikiem. Jezioro, które znajdowało się jakieś pół kilometra na prawo też wyglądało tak, że zapierało dech. Liczne kajaki i żaglówki poruszały się po jego przejrzystej tafli. Na małej plaży nad jeziorem rozłożyli się zwabieni słońcem i piaskiem plażowicze. Jacek chłonął całym sobą wszystko to, co znajdowało się w zasięgu jego wzroku. Ani przez chwilę nie żałował, że tutaj przyjechał. Przystanął i obejrzał się na pensjonat Marceliny. Dworek wyglądał pięknie i swojsko. Był prześliczny z tymi drewnianymi kolumienkami przy wejściu na taras i okiennicami. Na parapetach rosły kolorowe pelargonie. Wokół dworku znajdował się przestronny ogród, w którym rosły krzewy owocowe i warzywa, a przede wszystkim kwiaty. Od nagietków, stokrotek i fiołków po tulipany i maciejkę. Niewiele się zastanawiając Jacek wyciągnął z plecaka aparat i zrobił kilka zdjęć dworku. Ten widok wart był uwiecznienia, uznał później, gdy wieczorem przeglądał zrobione przez siebie zdjęcia. Parę ujęć jeziora, zagajnik, łąka pełna kwiatów. Było tyle pięknych miejsc, które musiały być sfotografowane.


Po kilku godzinach wędrówki po okolicy Jacek zdecydował, że czas na odpoczynek. Usiadł w cieniu, pod wierzbą rosnącą na skraju zagajnika, wyciągnął z plecaka kanapki i wodę, i zaczął się posilać.


Gdy skończył zdecydował, że wybierze się nad jezioro. Miał ochotę z bliska poobserwować żaglówki.


 


 


Mazurski dworek. 2017-10-17

Rozdział 1.


Od pewnego czasu Jacek nie mógł skoncentrować się na pracy, łatwo się rozpraszał, jego myśli biegły gdzieś przed siebie. Jednym słowem w głowie miał chaos. Czym było to spowodowane? Nadmiarem obowiązków, stresem a może problemami osobistymi? Nie wiadomo. Z każdym dniem coraz bardziej pogrążał się w marazmie.


- Może przydałby mi się urlop? - pomyślał, gdy w kolejny poniedziałek niechętnie wychodził do pracy.


Na samą myśl o długich godzinach spędzonych w dusznym biurze poczuł wewnętrzną niechęć.


- Jest pełnia lata a ja zaharowuję się jak ten przysłowiowy wół, podczas gdy inni leżą sobie na plaży z książką w ręku - jego przystojną twarz zdobił grymas złości.


Jacek czuł, że znalazł się na granicy wybuchu. Agresja z jaką reagował na przemęczenie wkraczała na niebezpieczne tory. Dzisiaj poproszę szefa o kilka dni wolnego, zdecydował nim przekroczył próg firmy.


- Udało się! - nie posiadał się ze szczęścia. Dostał urlop. Nie musiał dłużej tkwić w swoim ciasnym biurze i wklepywać danych w klawiaturę komputera. Ulga z jaką odetchnął, gdy opuścił budynek firmy była ogromna. Dawno tak nie cieszył się z wolnego, o ile w ogóle. Chyba faktycznie wpadał w pracoholizm. Na szczęście w porę się opamiętał.


- Trzeba gdzieś wyjechać, byle szybko.


Postanowił, że jeszcze tego samego dnia znajdzie w internecie ciekawy pensjonat i wybierze się w krótką podróż.


Gdy tylko znalazł się w domu, wszedł do gabinetu i po włączeniu komputera wyszukał kilka interesujących miejsc, które warto byłoby odwiedzić. Zadzwonił, wypytał o szczegóły i wybrał jeden, bardzo obiecujący pensjonat na Mazurach. Słońce, jezioro, las, łąki tego mu było trzeba. Tylko on, natura i nic więcej.


- Tak, zdecydował, tylko w ten sposób uda mi się zrelaksować i naładować baterie. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy i nie oglądając się za siebie wsiadł za kierownicę swojego mercedesa i ruszył w drogę.


Podróż minęła zadziwiająco szybko, trasa była dosyć uczęszczana a mimo to udało się Jackowi ominąć korki.


Tuż przed wieczorem pojawił się w pensjonacie. Miejsce to od razu przypadło mu do gustu. Niewielki, drewniany dworek. Spokojna okolica, nieopodal las, jezioro w zasięgu wzroku, świeże powietrze i słońce. Tak, tego mi było potrzeba.


Jego dumania przerwało wyjście właścicielki pensjonatu, która okazała się być kobietą po trzydziestce, przystojną, z długimi ciemnymi włosami. Miała miły, przyjazny uśmiech wzbudzający sympatię od pierwszej chwili. Ale największe wrażenie robiły jej oczy, w kolorze błękitu nieba. Przyciągające jak magnes.


Jacek poczuł wewnętrzny niepokój, a rój motyli zawirował w jego brzuchu. Zaskoczony własną niespodziewaną reakcją starał się nie gapić jak przysłowiowa sroka w gnat na piękną właścicielkę i zachować w miarę obojętny wyraz twarzy, co z trudem mu się udało.


Kobieta podeszła bliżej i wyciągając do niego dłoń przedstawiła się:


- Marcelina Zasielska. Jestem właścicielką pensjonatu. Miło mi pana gościć u nas. Zapraszam do środka. Proszę wchodzić, pokój już na pana czeka.


- Jacek Andrut. Miło mi - ukłonił się jak przystało na prawdziwego dżentelmena, z trudem udało mu się ukryć uśmiech, gdy ruszył w ślad za energiczną Marceliną.


Wnętrze pensjonatu zrobiło na gościu niemałe wrażenie. Zapach drewna, płynu do podłóg i kwiatów begonii mieszał się ze słodkim zapachem lawendy, która stała w kilku doniczkach na kominku. Sala do której weszli była połączeniem kuchni z obszerną jadalnią, dosyć obszerna, ale przytulna. Dominowały kolory stonowane, głównie szarość, zostało to przełamane pastelowymi dodatkami i kwiatami. Bielone meble w stylu wiejskim dopełniały całość.


- Pana pokój znajduje się na piętrze – powiedziała Marcelina, z uwagą obserwując reakcję gościa – proszę za mną, panie Jacku.


Weszli po schodach na piętro i zatrzymali się przy pierwszych drzwiach znajdujących się po lewej stronie korytarza.


Marcelina otworzyła drzwi kluczem, po czym gestem zachęciła gościa i oboje weszli do środka.


Pokój był średnich rozmiarów, urządzony skromnie, ale stylowo. Dominował biały kolor, na jednej ścianie znajdowała się tapeta w marynarskie pasy, przy tej ścianie stało bielone, drewniane łóżko z zagłówkiem. Zarówno pościel i poduszki powleczone były w kołdrę i poszewki w biało-niebieskie pasy. Pod oknem umieszczono mały biały stoliczek, na którym stał szklany wazon ze świeżymi, polnymi kwiatami, przy stole znajdowały się dwa również białe krzesła. Na drewnianej podłodze leżał niewielki chodnik, na przeciwległej ścianie od łóżka znajdowała się obszerna szafa i komoda.


Jackowi pokój przypadł do gustu, był taki jak oczekiwał. A widok z okna zachwycał. Zieleń drzew, morski odcień jeziora, mieniącego się w słońcu.


Cóż chcieć więcej.


- Bardzo mi się tutaj podoba – odrzekł. - Myślę, że będę się dobrze czuł w tym miejscu. A jak jest z posiłkami?


- Rano od ósmej do dziesiątej wydajemy śniadania na tarasie, albo jak kto woli w jadalni, obiad jest zwykle od trzynastej do czternastej trzydzieści a kolacja o osiemnastej. Oczywiście wszystko wliczone jest w cenę pobytu. Łazienka dla gości znajduje się na końcu korytarza, jest tam prysznic i duża wanna, świeże ręczniki, mydło. Gdyby czegoś było potrzeba proszę mnie powiadomić. W pobliżu pensjonatu znajdzie pan wiele ciekawych miejsc do odpoczynku, można wybrać się na spacer do pobliskiego lasu lub nad jezioro. Jest tam wypożyczalnia kajaków, motorówek. Organizujemy też piesze i rowerowe wycieczki po okolicy.


- Bardzo dziękuję, pani Marcelino. Na pewno skorzystam z tych wszystkich atrakcji, ale najpierw chciałbym się odświeżyć po podróży.


- Oczywiście, jak pan odpocznie proszę zejść na kolację.


- Dziękuję.


Marcelina zeszła na parter.


Jacek rozpakował walizkę i wziąwszy świeże ubranie ruszył do łazienki. Po dziesięciu minutach był wykąpany i pełen energii. Przebrał się w luźny podkoszulek i jeansy i zszedł na dół na kolację. Pierwsze co poczuł to zapach duszonego mięsa, jego żołądek fiknął koziołka i zaczął domagać się pożywienia.


- Jeśli gotuje pani tak jak wygląda to jestem gotów się z panią ożenić – powiedział nim pomyślał.


- Nie wiedziałam, że z pana taki pochlebca – odrzekła rumieniąc się jak nastolatka i odwracając w jego stronę.


- Zwykle nie jestem taki bezpośredni. Nie poznaję samego siebie. Może to powietrze mazurskie ma na mnie taki wpływ – odrzekł i wyszczerzył zęby w uśmiechu, który miał zamaskować jego zmieszanie.


Marcelina chyba miała nad wyraz dobre poczucie humoru, bo nie tylko nie obraziła się, ale co więcej podjęła grę, zastanawiając się co kieruje jej gościem. Rzadko bowiem słyszała komplementy od zupełnie obcych jej mężczyzn. Nie każdy z nich był też tak interesujący.


- Komplemenciarz z pana. Prawdę mówiąc, nie podejrzewałam pana o to. Wygląda pan na spokojnego, zrównoważonego mężczyznę.


- Bo taki jestem niestety. Nudny, zwyczajny facet, który cały dzień ślęczy nad biurkiem – rzekł z rozbrajającą szczerością.


- Niech pan nie będzie taki surowy dla siebie. Proszę siadać, bez gadania. Jak pan zje pożywny posiłek od razu panu przejdzie to całe ponuractwo. Więcej optymizmu, panie Jacku, szkoda życia na to.


- Jest pani aniołem, Marcelino.


Przeszedł niechcący na ty, czego ona najwyraźniej nie zauważyła, zajęta nakładaniem solidnej porcji gulaszu na talerz. Do tego gruba kromka żytniego chleba i gorąca, mocna herbata. Postawiła to wszystko przed Jackiem, życząc mu smacznego, po czym oddaliła się tłumacząc, że musi posprzątać na tarasie.


Gdy Marcelina wyszła Jacek pochylił się nad talerzem i zaczął posilać.


Niebo w gębie, taka była jego pierwsza myśl, ambrozja smaku. Dawno nie jadł niczego tak dobrego, a był to przecież najzwyklejszy gulasz. Co za kobieta, pomyślał, i wrócił do jedzenia.


Gdy kończył posiłek zjawiła się gospodyni niosąc na tacy dzbanek po kawie i filiżanki.


- Smakowała panu kolacja? - zainteresowała się.


- Była wyśmienita – pochwalił – jest pani znakomitą kucharką Marcelino.


Roześmiała się.


- Oj, panie Jacku, jaki pan miły, że tak mówi. Toć to przecież najzwyklejszy gulasz. Żadne tam wymyślne danie. Widocznie był pan bardzo głodny, że tak panu smakowało.


- Marcelino, bardzo pani skromna. Nie docenia się pani. Znakomicie pani gotuje, aż dziwne, że nie ma pani męża.


Ale ze mnie głupiec, pomyślał, widząc jak na jej policzki występuje rumieniec.


- Przepraszam. Nie powinienem był tego mówić – rzekł szybko, skruszony.


Na co Marcelina wzięła głęboki oddech i jakoś zdołała się opanować. Chłodnym, niemal wyniosłym głosem odparła:


- Miałam męża. Jestem wdową, niestety. Mój mąż zginął w wypadku półtora roku temu.


Po czym opuściła jadalnię.


Jacek poczuł się jak skończony idiota. Zraniłem ją. Cały jego doby humor szlag trafił. Kretyn, skończony kretyn, że też się nie ugryzłem w język.


 





 


 


Proza Marianny. 2017-10-17

Kontynuacja opowiadania/powieści obyczajowej "Mazurska przygoda" (pierwotny tytuł). Obecnie "Mazurski dworek". W ramach przypomnienia fabuły: Przepracowany, zmęczony rutyną życia Jacek wyjeżdża na urlop na Mazury. Tam poznaje właścicielkę uroczego dworku, Marcelinę. W tle perypetie innych mieszkańców dworku. Lekka, sielska opowieść. Taka była w zamierzeniu. Co powstało? To już pozostawiam Waszej ocenie, drodzy Czytelnicy.


W ramach przypomnienia dwa pierwsze rozdziały, a później, nowy, kolejny. Serdecznie zapraszam do lektury! ;) 


 




Cytat. 2017-10-16


Recenzja książki. 2017-10-15

Między wierszami, Tammara Webber, literatura obyczajowa, Cykl: Między wierszami, tom 1, wyd. Jaguar 2016, str. 384.




Reid Alexander dobrze wie, czego oczekuje od życia. Kolejnego kasowego filmu, dobrej zabawy i gorących dziewczyn. Jego status gwiazdy zazwyczaj wszystko to mu zapewnia… Teraz rozpoczyna zdjęcia do współczesnej adaptacji „Dumy i uprzedzenia”. W roli jego ekranowej miłości ma wystąpić Emma Pierce, dla której występ w tym filmie może być wstępem do wielkiej kariery. Reid dobrze wie, co chce osiągnąć i wszystko układa się po jego myśli. Do czasu… 


Przez ostatnich dziesięć lat Emma występowała głównie w reklamach – soku grejpfrutowego, sklepów i tamponów, z rzadka tylko pojawiała się w telewizyjnych produkcjach. Główna rola w wysokobudżetowej produkcji powinna być dla niej spełnieniem marzeń. Problem w tym, że w skrytości ducha dziewczyna niczego nie pragnie tak bardzo, jak normalności. 


Kiedy Reid i Emma spotykają się na planie, zaczyna iskrzyć. Ale sytuacja daleka jest od idealnej. Po pierwsze, jedną z ról gra była dziewczyna Reida. Po drugie, byłą dziewczynę Reida coś łączy z Grahamem Douglasem. Po trzecie Graham Douglas wyraźnie klei się do Emmy. Po raz pierwszy w życiu jego aktorska gwiazdorskość, Reid Alexander musi walczyć o względy dziewczyny, na którą ma ochotę. A to mu się wcale nie podoba…


Słaba, bardzo słaba książka, której równie dobrze mogło by nie być, bo nic nie wnosi do literatury. Opis życia kilkorga młodych ludzi, którzy robią kariery w show biznesie. Styl pisania, dialogi, język, narracja - poniżej krytyki. Tak słabej książki dawno nie czytałam. W dodatku język bohaterów razi, ich zachowanie również. Nie wiem jaki był cel tej książki, ale mnie ona nie przekonuje. Pokazuje negatywne zachowana, niemoralne, postacie są w większości negatywne i ... płytkie. Nie polecam, a co więcej radzę omijać tę książkę szerokim łukiem. Strata czasu.


 




Recenzja książki. 2017-10-15

Dom na południu, Peter Kerr, literatura obyczajowa, wyd. Trzecia Noga 2011, str. 344.


 


Doogie O'Mara, młody student weterynarii ze Szkocji, zgłasza się do pracy jako rezydent biura podróży w Afryce. Zamiast tego trafia na Majorkę, prosto w chaos miejscowej agencji turystycznej. Jednak prawdziwe kłopoty pojawią się, gdy zostanie oczarowany młodą dziewczyną. Kiedy w końcu przyjdzie pora, by Doogie wrócił do domu, będzie musiał zdecydować, czy w życiu liczy się tylko jego świetlana kariera weterynarza w Szkocji, czy też możliwość życia na ciepłej Majorce, u boku ukochanej i wśród nowych przyjaciół. 

Książkę oceniam poniżej przeciętnej. Fabuła opisuje losy młodego studenta weterynarii, który wyjeżdża do pracy w agencji turystycznej na Majorce. Większa część książki to opis wykonywanej przez bohatera pracy, poznawanie nowych ludzi itp. W tle opisy Majorki. Cała historia miała być niebanalna, a okazała się ... niestety banalna. Nie wzbudziła we mnie żadnych emocji, tak jak sam bohater. Może być, ale ta książka to nic specjalnego. Ja się wynudziłam. Raczej nie polecam.


 






Cytat. 2017-10-13


Szczęście. 2017-10-13


Myśl pozytywnie. 2017-10-13


Poetycko. 2017-10-12

**


gdybyś kiedyś zapytał


jaką siłę ma miłość


powiedziałabym


że


 


jest jak skowronek


rozkwita na wiosnę


niesie zapach bzów


 


wznosi się pod niebo


uskrzydlona


nadzieją


 


nie zlęknie się nagłych burz


nie przemoknie na deszczu


nie zwieje jej silny wiatr


 


ukorzeniać się będzie


rozrastać w sercu


pielęgnowana czułością


tkliwością


 


nie umrze


choćbyś ją zabił


odrodzi się


 


choćbyś się jej wyrzekł


będzie ci wierna


 


 


© Marianna/Poezja M.


 


 


Poezja M. 2017-10-12

Cisza oczekiwania


 


jeszcze rozbrzmiewa echo


wczorajszej kłótni


trzaśnięcia drzwi


rozbitych serc


 


dziś otulam się ciszą


spokojnym tykaniem zegara


słoną kroplą spod rzęs


 


szarością wypełniam czas


gdy gaśnie dzień


spowijam się w ciszę


 


w oczekiwaniu na ranek


w nadziei że to tylko


zły sen


 


© Marianna.


 


 


Poezja M. 2017-10-11


**


 


tęsknota



rozrywa serce


za tym co jeszcze mogło się zdarzyć


 


tak łatwo żyć złudzeniami


pozwalać się ranić


udając że to z miłości


 


strach przed samotnością


popchnąć potrafi


w ramiona które zadają ból


 


wszystko można przetrzymać


wystarczy zacisnąć zęby


wyłączyć zmysły


i trwać


 


to takie proste


 


© Marianna/Poezja M.


Poetycko. 2017-10-11

 


**


 


kiedyś miłość niosła wybawienie


była lekiem na troski


na szarość dni




gdy spokojem


wypełniała wieczory


kwitły nasturcje


nostalgia


nie przeglądała się


w spojrzeniach




kiedyś potrafili się śmiać


tańczyć z deszczem


gonić jesienne liście




kiedyś było inaczej


lepiej


bezpieczniej




dziś


tylko echo


tamtego uczucia


tli się na dnie ich serc




© Marianna/Poezja M.




Poetycko. 2017-10-09

Kropla deszczu


 


jest jej bliższa


niż łza


którą ocierała


 


gdy rzuciłeś raniące słowo


 


obojętna na cały świat


zanurza się w bezkresie


cierpienia


 


czarne macki smutku


otulają ją jak rękawiczka


 


strach sączy się do krwi


 


tak łatwo jest zranić


wystarczy słowo


 


by zabić


miłość


 


© Marianna/Poezja M.


 


Recenzja książki. 2017-10-09

Przepis na życie, Agnieszka Pilaszewska, literatura współczesna, wyd. Wydawnictwo Literackie 2012, str. 470.


Powieściowa wersja serialowego hitu  "Przepis na życie".


Atrakcyjna, wciąż młoda, choć z nastoletnią córką u boku, żadna wyznań i wrażeń Anka, przytłoczona codziennymi obowiązkami matki i żony, gdzieś po drodze zatraciła siebie. Otrzeźwienie przychodzi wraz z wiadomością o zdradzie męża. Andrzej ma kochankę, do której zamierza się wyprowadzić. Świat Anki rozsypuje się w drobny mak. Na szczęście są przy niej: trzeźwo patrząca na świat przyjaciółka Pola, córka Mania i zawsze służąca radą matka Irena. Po krótkim załamaniu, Anka widzi przed sobą nową, o wiele atrakcyjniejszą przyszłość. Przypadek sprawia, że podejmuje pracę w restauracji i odkrywa swoją prawdziwą pasję. Będzie gotować! Zawsze umiała i lubiła to robić, a teraz może rozwinąć skrzydła. Jej życie dopiero się zaczyna…


Lekka, przyjemna powieść, momentami pełna humoru, ale i ciepła, oraz smaków i zapachów, pasji do gotowania. Przeczytałam w jeden dzień, co przy takiej objętości świadczy, że fabuła musiała być wciągająca, a akcja wartka i tak też było. Polubiłam Ankę, która mimo wielu przeciwności losu nie poddała się, znalazła pracę mimo ciąży, poukładała swoje życie na nowo po rozwodzie, odniosła sukces kulinarny dzięki pasji do gotowania, a nawet znalazła miłość. Gratka dla miłośników serialu i gotowania. Dodatkowo w książce znajdziemy kilka fantastycznych przepisów. Polecam. 




Recenzja książki. 2017-10-08

Żegnaj Afryko. Dalsze losy Białej Masajki, Corinne Hoffmann, literatura popularnonaukowa, biografia, wyd. Świat Książki 2008, str. 176.




Często zadawano mi pytanie: czy kiedykolwiek żałowałam, że wdałam się w historię miłosną z wojownikiem Samburu. Wtedy za każdym razem odpowiadałam z najgłębszym przekonaniem: Nigdy! Otrzymałam przywilej uczestnictwa w pewnej kulturze, której w tej formie prawdopodobnie już niedługo nie będzie, i dane mi było przeżyć wielką miłość. (...) Nie mogłabym już żyć w Afryce! Co jednak nadal pozostaje żywe, to przywiązanie do mojej byłej rodziny i wielka ciekawość dzisiejszej Kenii. Być może będę mogła pewnego dnia zaspokoić tę ciekawość, kiedy Napirai będzie już dorosła i zechce poznać swoich afrykańckich krewnych. Kto wie?


(fragment powieści)


Szkoda, że tak mało w tej części było opisywanej Afryki. Mimo to książkę przeczytałam w kilka godzin. Były momenty ciekawsze, i nudniejsze, a całość oceniam jako przeciętną. Autorka opowiada o swoim życiu po powrocie z Afryki, trudnych początkach w Szwajcarii, poszukiwaniu pracy, mieszkania, o swoich problemach, ale i sukcesach. W tym o sukcesie wydawniczym swojej powieści "Biała Masajka". Na koniec opisana została wyprawa autorki na Kilimandżaro. 


Ogólnie książka nie była zła, może czegoś mi tutaj zabrakło, ale mimo wszystko zaciekawiły mnie losy Corinne i małej Napirai. W jakiś sposób podziwiam autorkę i jednocześnie cieszę się z osiągniętych przez nią sukcesów, bo ani na chwilę się nie poddała, mimo że momentami nie było jej łatwo. Warto przeczytać.




Recenzja książki. 2017-10-08

Żegnaj Afryko. Dalsze losy Białej Masajki, Corinne Hoffmann, literatura popularnonaukowa, biografia, wyd. Świat Książki 2008, str. 176.




Często zadawano mi pytanie: czy kiedykolwiek żałowałam, że wdałam się w historię miłosną z wojownikiem Samburu. Wtedy za każdym razem odpowiadałam z najgłębszym przekonaniem: Nigdy! Otrzymałam przywilej uczestnictwa w pewnej kulturze, której w tej formie prawdopodobnie już niedługo nie będzie, i dane mi było przeżyć wielką miłość. (...) Nie mogłabym już żyć w Afryce! Co jednak nadal pozostaje żywe, to przywiązanie do mojej byłej rodziny i wielka ciekawość dzisiejszej Kenii. Być może będę mogła pewnego dnia zaspokoić tę ciekawość, kiedy Napirai będzie już dorosła i zechce poznać swoich afrykańckich krewnych. Kto wie?


(fragment powieści)


Szkoda, że tak mało w tej części było opisywanej Afryki. Mimo to książkę przeczytałam w kilka godzin. Były momenty ciekawsze, i nudniejsze, a całość oceniam jako przeciętną. Autorka opowiada o swoim życiu po powrocie z Afryki, trudnych początkach w Szwajcarii, poszukiwaniu pracy, mieszkania, o swoich problemach, ale i sukcesach. W tym o sukcesie wydawniczym swojej powieści "Biała Masajka". Na koniec opisana została wyprawa autorki na Kilimandżaro. 


Ogólnie książka nie była zła, może czegoś mi tutaj zabrakło, ale mimo wszystko zaciekawiły mnie losy Corinne i małej Napirai. W jakiś sposób podziwiam autorkę i jednocześnie cieszę się z osiągniętych przez nią sukcesów, bo ani na chwilę się nie poddała, mimo że momentami nie było jej łatwo. Warto przeczytać.




Recenzja książki. 2017-10-07

Afryka, moja miłość, Corinne Hoffmann, literatura podróżnicza, wyd. Świat Książki 2012, str. 256.




Afryka stała się jej drugim domem i choć opuściła ją wiele lat temu, wciąż tu wraca. Tym razem wyrusza w pieszą wędrówkę do Namibii, by poznać życie koczowniczych afrykańskich plemion i zaraz potem do ukochanej Kenii. Odwiedza jedne z największych afrykańskich slumsów, opisuje mieszkańców Nairobi, ich codzienne zmagania, walkę z nędzą i głodem. Niezwykle sugestywnie opowiada o ich losach. Wreszcie dociera do miejsc szczególnie jej drogich. I to nie sama. Towarzyszy jej córka, Napirai, która po raz pierwszy od prawie dwudziestu lat odwiedza kraj swego pochodzenia. W rodzinnej wiosce ma okazję poznać swoich kuzynów, przyrodnie rodzeństwo, babcię i ojca, którego nie pamięta.

Ta książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Tym bardziej, że autorka opisuje w niej swoje własne przeżycia. Razem z nią miałam możliwość przeżyć niezwykłą przygodę, wędrować przez półpustynie i sawanny Namibii aż do siedzib koczowników Himba, w slumsach Nairobi wysłuchać poruszających, dodających sił i odwagi historii ludzi, którzy walczą z losem i wygrywają, oraz wyruszyć do Kenii, gdzie autorka powraca do afrykańskich korzeni i wraz z córką Napirai spotyka się z rodziną w Barsaloi.


Przeczytałam jednym tchem. Książka bardzo mi się podobała, poruszyła mnie, zachwyciła i dała do myślenia. Dzięki niej zaczęłam inaczej patrzeć na swoje życie, bardziej doceniać to, co mam. Dała mi siłę, której potrzebowałam. Do tego opisy piękna afrykańskiej przyrody, i przepiękne fotografie. Jestem zachwycona. Z przyjemnością sięgnę po inne książki autorki. Gorąco polecam.


 




 




CYTAT. 2017-10-06


Cytat mojej ukochanej Poetki. 2017-10-06


Cytat. 2017-10-04


Recenzja książki. 2017-10-03

Mąż potrzebny na już, Małgorzata Falkowska, literatura obyczajowa, wyd. Videograf  2016, str. 416.


 


Lekka komedia z nutą romantyzmu, opowieść o sześciu przyjaciółkach z dzieciństwa, które mimo różnych zawodów i zainteresowań wspierają się w ważnych momentach życia. 28-letnie singielki, dzielące swoje sekrety od czasów podstawówki, kłócą się o wszystko, ale postanawiają kibicować Bernadecie w realizacji ambitnego planu. Coroczna zabawa w postanowienia noworoczne staje się dla niej początkiem trudnej drogi w poszukiwaniu męża. Jej perypetie ukazują, jak ciężko w XXI wieku znaleźć idealnego kandydata, mimo wielu możliwości, jakie daje nam świat. Bernadeta w każdym napotkanym mężczyźnie widzi przyszłego męża, ale kolejne związki przynoszą rozczarowania.




Jaką siłę mają postanowienia noworoczne? Czy łatwo je wypełnić? O tym przekona się główna bohaterka, Bernadetta (Berka), która postanowiła, że w w ciągu roku wyjdzie za mąż. Fabuła opowiada o jej perypetiach związanych z poszukiwaniem idealnego kandydata na męża, nieudanych randkach, rozczarowaniach, aż wreszcie znalezienie tego jedynego, który był jak się okazuje na wyciągnięcie ręki. A gdy miłość już wybuchnie, wtedy czas na zaręczyny i przygotowania do ślubu, po których nadchodzi wreszcie "ten dzień". Czy wszystko się uda? Czy Berka wygra zakład? 




Lekka, zabawna opowieść o tym jak znaleźć męża w 365 dni. Dobra zabawa gwarantowana. Czyta się szybko. W sam raz na weekend. Warto przeczytać.


 




Kącik poezji. 2017-10-01

***


 


Jesień znów ma smak


cierpkich jeżyn


 


księżyc kładzie się cieniem


na poduszce


spokojnie jak nigdy


 


za oknem świerszcz


gra swój ostatni koncert


ty śpisz


 


bezsenność


zatrzymała wskazówki


ściennego zegara


 


przegnała sen


ranek wstanie zimny


 


nie będzie mnie wtedy


i twój świat rozpadnie się


 


na chwilę...


 


 


© Marianna/Poezja M.


 


 


 


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]