marianna22 | e-blogi.pl
Blog marianna22
Anioł Stróż 2014-02-28

Rozdział IV


Dwa tygodnie później Zuzanna dokonała intrygującego odkrycia podczas inwentaryzacji zbiorów znajdujących się w magazynie muzealnym. Na dnie jednego z pudeł znalazła dziwnych kształtów wazon z dopasowanym wieczkiem. Wazon był pękaty i dość spory. Na oko miał jakieś dwadzieścia kilka centymetrów wysokości i z dziewięć szerokości. Wykonany był z porcelany. Wzorki na wazonie - tajemnicze esy floresy w połączeniu z przerażającą, dziwną twarzą znajdującą się na wieczku budziły zgrozę. Wazon był czarny a upiorna twarz blada z czerwonymi żarzącymi się oczami miała otwarte usta, jak do krzyku. Zuzanna wzdrygnęła się i próbując opanować narastający niepokój pociągnęła za wieczko wazonu, chcąc go otworzyć. Pociągając z całej siły udało jej się odkorkować upiorny wazon. Ze środka wydostał się szaro - różowy dym i powoli rozpłynął się w powietrzu. Zuzanna poczuła zapach jakby kadzidła i jeszcze czegoś, stęchlizny, rozkładających się zbutwiałych liści i kurzu. Po raz kolejny wzdrygnęła się i robiąc krok w tył potknęła się o wystającą z kartonu żelazną szablę. Szabla upadła na podłogę z głośnym brzdękiem. Przestraszona Zuzanna upuściła wazon, który rozpadł się na kawałki. Dziewczyna wpatrywała się w osłupieniu w skorupy leżące na ziemi.


- Szlag! Już nie da się posklejać tego wazonu. - Czego ja się tak przestraszyłam? - wzruszyła ramionami. - Przecież to zwykły wazon, fakt może trochę dziwny, ale to tylko wazon. Nie ma się czym przejmować. - Mam tylko nadzieję, że kustosz nie potrąci mi z pensji za zniszczenie eksponatu. Schyliła się i zaczęła zbierać skorupy z podłogi. Ocalało jedynie wieczko z upiorną twarzą. Zuzanna znów poczuła nieprzyjemny dreszcz a dziwne czerwone oczy hipnotyzowały i kobieta nie mogła odwrócić od nich wzroku. Czuła jakby wessały ją te straszne oczy. Poczuła jak robi jej się słabo i ze strachu serce jej zamiera. I nagle wciągnęła ją czarna otchłań. Przerażona Zuzanna zemdlała po raz pierwszy w życiu.


***


- Halo?! Pani Zuzanno?!


Usłyszała jakby z oddali zaniepokojony, męski głos. Z trudem otworzyła oczy i jak przez mgłę dostrzegła pochylającego się nad nią kustosza. Mężczyzna był zdenerwowany i wachlował siebie i ją swoją dużą, kraciastą biało - niebieską chusteczką.


- Dobrze się pani czuje? - zapytał z troską.


Zuzanna powoli i z wysiłkiem usiadła i poczuła, że kręci jej się w głowie. Czarne mroczki wirowały jej przed oczami. W ustach jej zaschło a w głowie miała pustkę. Pomasowała się po potylicy i syknęła z bólu. Upadek sprawił, że omal nie rozbiła sobie głowy o kamienną podłogę.


- Co się stało?


- Zemdlałaś - wyjaśnił kustosz i szybko się zreflektował. Przecież nie byli ze sobą na ty, przypomniał sobie. - Znalazłem panią bladą, leżącą na podłodze. Mężczyzna był cały roztrzęsiony. Ręce mu drżały a krople potu perliły się na jego czole. - Nic pani nie jest?


- Trochę boli mnie głowa. Nie wiem, co się stało. Po raz pierwszy mi się to zdarzyło.


- Może wezwać pogotowie? Kustosz już wyciągał telefon, gdy Zuzanna powstrzymała go mówiąc:


- Nie, na prawdę nic mi nie jest - zapewniła. - Pójdę do domu odpocząć i jutro będę jak nowo narodzona. Uśmiechnęła się starając być bardziej przekonywującą. Nie lubiła szpitali i za nic w świecie nie chciała się tam znaleźć.


- To chociaż odwiozę panią do domu - zaoferował się magister Marczakowski. - Nie może pani iść pieszo w takim stanie.


- Dobrze - zgodziła się Zuzanna, choć zrobiła to niechętnie. Ale trzeba schować dumę do kieszeni i czasem pozwolić sobie pomóc. To była właśnie jedna z takich chwil. Kustosz mógł jej wstać po czym oboje opuścili magazyn.


Żadne z nich nie zwróciło uwagi na to, że skorupy tajemniczego wazonu rozpłynęły się w powietrzu i została po nich tylko woń stęchlizny i rozkładu.


***


Zaniepokojona omdleniem Zuzanny ciotka Adela nie odstępowała od łóżka dziewczyny. W końcu po dwudziestym zapewnieniu Zuzanny, że ta dobrze się czuje ciotka wreszcie wstała z krzesła.


- W takim razie zdrzemnij się. Odpoczynek jest Ci teraz potrzebny. Później przyniosę ci bulionu -  wyszła z pokoju a Zuzanna zapadła w niespokojny sen.


Śniło jej się leży w łóżku i nie może się ruszyć podczas gdy dziwne, upiorne żarzące się czerwienią szalone oczy wpatrują się w nią. W pokoju jest ciemno, zimno i unosi się zapach zbutwiałego drewna i rozkładu. Czarny płaszcz upiora okrywa jego sylwetkę od stóp do głów a koścista ręka chwyta ją za gardło i w tym samym momencie obudziła się zlana potem a serce gwałtownie biło w jej piersi.  Przerażona i strach ściskał ją za gardło. Rozejrzała się po pokoju i stwierdziła, że jest późny ranek. Przez okno wpadało trochę światła, ale dzień był pochmurny. Drobny deszczyk cicho uderzał o szyby. Zuzanna wzięła kilka głębokich wdechów i poczuła jak opuszcza ją sen i niemile uczucie, które towarzyszyło jej w nocnym koszmarze.


- To tylko zły sen. Niechętnie wstała z łóżka. Przeciągnęła się leniwie, zrobiła kilka ćwiczeń i poczuła się trochę lepiej. Spojrzała na zegarek. Było już po ósmej.


- Chyba czas zbierać się do pracy. I tak już jestem spóźniona.


***


Wchodząc do muzeum Zuzanna natknęła się na kustosza. Po raz pierwszy spóźniła się do pracy. Nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło.


- Dzień dobry pani Zuzanno. Jak samopoczucie? - przywitał się Marczakowski i z troską popatrzył zza swoich drucianych okularów na Zuzannę. Dostrzegł że kobieta ma bledszą niż zwykle twarz i cienie pod oczami, świadczące o nie przespanej nocy. Dzisiaj ubrana była w czerwoną spódnicę przed kolana i czarną bluzkę w czerwone kropki. Była bez makijażu a włosy miała lekko potargane.


- Dzień dobry. Trochę jestem niewyspana, ale myślę, że jakoś dam sobie radę. I przepraszam za spóźnienie...


- Niech się pani tym tak nie przejmuje - bagatelizująco machnął ręką kustosz. -  Przecież nic się nie stało - uśmiechnął się i chcąc podnieść Zuzannę na duchu dodał:


- Jest pani moim najlepszym pracownikiem. Jestem bardzo zadowolony z pani pracy. Widziałem listę skatalogowanych rzeczy i jestem pod wrażeniem pani pracowitości, sumienności i posiadanej przez panią wiedzy - pochwalił.


- Dziękuję panie kustoszu - odrzekła Zuzanna. - W takim razie zabieram się do pracy. Nie chcę, żeby zmienił pan o mnie zdanie i rzuciwszy wesoły uśmiech magistrowi Zuzanna skierowała się do magazynu. Marczakowski stał chwilę na korytarzu patrząc w ślad za oddalającą się kobietą. Wyraz twarzy miał nieodgadniony.


***


Zuzanna postanowiła, że dzisiaj zajmie się spisem obrazów znajdujących się w magazynie. Otworzyła notes, włączyła komputer i zabrała się do pracy. Wzięła pod lupę pierwszy z brzega duży portret przedstawiający niezbyt urodziwą kobietę w średnim wieku sądząc po stroju szlachciankę. Obraz oprawiony był w pozłacaną ramę. Kobieta miała smutny, melancholijny wyraz twarzy, niebieskie blisko osadzone oczy, długi cienki nos, wąskie usta i kręcone rude włosy opadające jej na jedno ramię. Ubrana była w zieloną bogato zdobioną szatę, która z trudem opinała jej pulchną sylwetkę. Kobieta siedziała na brązowej sofie a na kolanach trzymała czarnego kota z jasnożółtymi ślepiami. Zuzanna podeszła bliżej i uważniej przyjrzała się portretowi. Obraz namalowany został na płótnie farbą olejną. Niewyraźny bazgroł w prawym dolnym rogu obrazu najprawdopodobniej był podpisem autora. Jednak Zuzannie nic nie mówił. Kobieta zabrała się do opisywania obrazu i wystukiwała informacje do komputera. Następny obraz był mniejszy i przedstawiał krajobraz zimą. Przeważające kolory stanowiła czerń i biel. Na pierwszym planie widniał mały drewniany domek zasypany śniegiem. W oknach paliło się światło. Za nim ciągnął się las iglasty tonący w bieli. Nieopodal domu rosło złamane przez wiatr drzewo, którego konary niebezpiecznie pochylały się nad domkiem. Krajobraz budził grozę i wyczuwało się napięcie spowodowane tym, że w każdej chwili drzewo może runąć na domek w połowie zasypany śniegiem. Zuzanna zastanawiała się, co autor chciał przekazać za pomocą swojego dzieła. Czuła ogarniające ją zmęczenie i na chwilę przerwała pracę. Zapatrzyła się w okno. Nagle przypomniała sobie, że przecież wczoraj zostawiła potłuczony wazon na podłodze a dzisiaj go nie było. Rozejrzała się po pokoju, lecz nie dostrzegła najmniejszego śladu po upiornym wazonie.


- Sprzątaczka przychodzi tylko w piątki a dziś jest dopiero wtorek, więc ona raczej nie mogła sprzątnąć skorup z podłogi - zastanawiała się. - Zostaje kustosz i portier. Ale Zuzanna jakoś nie mogła sobie wyobrazić żadnego z nich sprzątającego resztki stłuczonego wazonu. - Dziwne, pomyślała. - Chyba zaczynam być przewrażliwiona. - Na pewno da się to jakoś logiczne wytłumaczyć. Może sama sprzątnęłam tylko o tym nie pamiętam. Uspokojona tą myślą zabrała się z powrotem do pracy.


***


Wieczorem Zuzanna, jak co dzień zjadła kolację razem z ciocią Adelą, a później oglądały telewizję. Zmęczona po całym dniu inwentaryzacji Zuzanna wytrzymała tylko pół godziny, po czym poszła do siebie. Wykąpała się i przebrała w piżamę i położyła do łóżka. Nie mogła zasnąć, więc wzięła jedną z książek i otworzywszy na stronie, gdzie poprzednio skończyła czytać pogrążyła się w lekturze. Po godzinie oczy zaczęły jej się kleić ze zmęczenia a litery zamazywać się przed oczami, więc dziewczyna zamknęła książkę i zgasiła lampę. Przykryła się szczelnie kołdrą i przymknęła powieki. Po chwili zasnęła. I znów kolejnej już nocy śnił jej się przerażający upiór z wieczka stłuczonego wazonu.


Anioł Stróż 2014-02-23

Rozdział III


Zuzanna od ponad dwóch godzin siedziała w magazynie muzeum i sporządzała spis przedmiotów znajdujących się w tym składowisku przedziwnych eksponatów. Dzisiaj ubrana była w dopasowaną granatową sukienkę i wygodne czerwone pantofle na pięciocentymetrowym obcasie. Włosy miała związane w kucyk, żeby nie przeszkadzały jej podczas pracy. Delikatny makijaż stanowiła odrobina tuszu do rzęs i szminki w kolorze fuksji. Od dziesięciu minut Zuzanna czuła, jak drętwieje jej ręka od nieustannego notowania. Postanowiła, że zrobi sobie przerwę od katalogowania i rozejrzy się za jakimiś ciekawszymi eksponatami. Ogarnęła wzrokiem cały magazyn i w jednym z kartonów dostrzegła piękną figurkę z brązu. Podniosła się z krzesła i wyminąwszy biurko podeszła do dużego kartonu stojącego pod ścianą. Nachyliła się i wyciągnęła figurkę. Przez chwilę ważyła jej ciężar w dłoni. Wysokość rzeźby Zuzanna oceniła na jakieś trzydzieści centymetrów. Figurka pochodziła z XIX wieku i przedstawiała anioła stojącego na postumencie, z rozłożonym skrzydłami i spoglądającego w górę. Rzeźba była dosyć ciężka i w całości wykonana z brązu. Nie było nazwiska autora na sygnaturze znajdującej się na podstawce figurki. Zuzanna obejrzała dokładnie całą rzeźbę po czym wyciągnęła miarkę i dokonała pomiarów.



- Wysokość rzeźby trzydzieści trzy centymetry - zapisała w notesie - szerokość siedemnaście centymetrów. Dołączyła też opis figurki oraz przypuszczalny czas jej powstania. Dopisała, że autor jest nieznany. Odstawiła rzeźbę na biurko po czym rozejrzała się za kolejnym znaleziskiem. W małym kartonowym pudełku stojącym pod ścianą naprzeciwko wejścia do magazynu znajdowały się przedmioty ze srebra. Zuzanna nachyliła się i zaczęła oglądać znajdujące się tam antyki. Jej uwagę zwróciła ażurowa, srebrna łopatka do tortów udekorowana motywem róży, która była subtelna i delikatna. Najprawdopodobniej pochodząca z pierwszej połowy XX wieku. Zuzanna wzięła miarkę i zmierzyła długość srebrnej łopatki i zapisała w notesie, po czym położyła ją na wadze.



- Trzydzieści osiem gram. Bardzo ładna rzecz. Misterna robota. Oryginał sygnowany państwową puncą Niemiec i oznaczeniem próby osiemset - zapisała Zuzanna. - Takie znaki używano po 1886 roku - przypomniała sobie. Po czym odłożyła srebrną łopatkę na przygotowanej do tego celu półce i sięgnęła po następny przedmiot. Tym razem było to barokowe sitko do parzenia herbaty pochodzące z XIX wieku. Dekoracyjne sitko miało długą rączkę i ozdobione było motywem małżowin. Nie posiadało żadnej sygnatury. Zuzanna obejrzała z uwagą ten piękny, zabytkowy przedmiot po czym wzięła do ręki miarkę leżącą na biurku.



- Długość przedmiotu dwadzieścia centymetrów - zapisała. - Średnica samego sita dziewięć centymetrów. Stan bardzo dobry - oceniła i odłożyła sitko na półkę po czym sięgnęła po kolejny przedmiot.



- Duży, srebrny korek do karafki albo butelki - wpisała do notesu - oryginalny fason Art Deco. - Przedmiot w bardzo dobrym stanie. Wyrób pochodzi z pierwszej połowy XIX wieku. - Nieczytelna sygnatura. Średnica korka trzy centymetry, szerokość pięć centymetrów a całkowita wysokość korka ze srebrną główką wynosi osiem centymetrów - mierzyła i opisywała Zuzanna. Kobieta była w swoim żywiole. Wypieki na jej twarzy świadczyły o tym, że jest podekscytowana znaleziskami. - Waga korka wynosi niecałe trzydzieści gram - dopisała. Zuzanna odłożyła srebrny przedmiot na półkę po czym spojrzała na zegarek.



- Czas na przerwę – stwierdziła – muszę trochę ochłonąć - po czym nie zastanawiając się długo opuściła magazyn. Zamknęła drzwi na klucz, który zostawiła w portierni i wyszła na kawę do pobliskiej kafejki. Spacer zajął jej dwie minuty. Słońce przyjemne grzało i wiał lekki wietrzyk. Białe obłoki leniwie sunęły po błękitnym niebie. W powietrzu unosił się odurzający zapach bzów. Zuzanna kochała kwiaty i wiosnę. Była to jej ulubiona pora roku. Weszła do kafejki. W środku kłębił się całkiem spory tłum ludzi, jak na tak małe wnętrze. Czterej mężczyźni w średnim wieku w garniturach i z teczkami w ręku stali wzdłuż baru i rozmawiali ze sobą z ożywieniem popijając przy tym kawę z dużych, tekturowych kubków. Dwie młode, ładne kobiety w dopasowanych pastelowych kostiumach siedzące przy stoliku obok okna jednocześnie popijały kawę i pisały coś na swoich laptopach. Bliżej wejścia siedziały trzy dziewczyny w wieku około dwudziestu lat, ubrane w czarne, dopasowane jeansy, białe podkoszulki i szpilki na niebotycznie wysokich obcasach. Wszystkie trzy miały długie blond włosy i przeglądały kolorowe czasopisma o modzie. Przed każdą z nich stała szklanka wody. Dalej przy stoliku siedział ciemnowłosy mężczyzna w średnim wieku, w szarym garniturze i rozmawiał przez telefon. Siedząca razem z nim młoda, rudowłosa kobieta miała znudzony wyraz twarzy i co chwila spoglądała na zegarek. Przed nią stał talerz z resztą sałatki. Przed mężczyzną stała tylko filiżanka kawy a on był tak pogrążony w rozmowie, że chyba zapomniał o swojej towarzyszce. Zuzanna lubiła obserwować ludzi i zgadywać kim są oraz o czym myślą. Stwierdziła, że mężczyźni przy barze to biznesmeni rozmawiający o interesach. Trzy blondynki przy stoliku to modelki, które właśnie wróciły albo dopiero szły na jakiś kasting a para przy oknie to małżeństwo. Oboje mieli bowiem obrączki i takie same srebrne bransoletki na lewych dłoniach. Zuzanna podeszła do kontuaru i zamówiła kawę latte i usiadła przy barze. Zamyślona wyglądała właśnie przez okno, gdy nagle ktoś ją potrącił tak że jej torebka upadła na podłogę. Kobieta odwróciła się.



- Proszę uważać! Po czym nachyliła się sięgając po torebkę.



- Bardzo panią przepraszam - kajał się przed nią przestępując z nogi na nogę chudy okularnik w szarym swetrze w romby i czarnych spodniach zaprasowanych w kant. Włosy w kolorze świńskiego blondu miał zaczesane do tyłu a żel niemal skapywał z nich na podłogę, tak go było dużo. Okularnik uśmiechnął się do Zuzanny ukazując metalowy aparat na zębach.



- Co taka piękna kobieta robi sama w kafejce? - dopytywał się gapiąc przy tym na długie, szczupłe nogi Zuzanny i oceniając zawartość jej dekoltu. Przez twarz dziewczyny przebiegł cień irytacji i tłumiąc gniew odparła:



- A co pana to obchodzi? Proszę dać mi spokój i iść sobie. I odwróciła się w stronę baru. W spławianiu nachalnych mężczyzn była ekspertką. Uśmiechnęła się do siebie.



- Może w ramach przeprosin da się pani namówić na kawę? - nie odpuszczał okularnik, a jego gorący oddech owiał szyję Zuzanny. Kobieta wzdrygnęła się i odwróciła w stronę ulizanego. Wyraz jej twarzy nie wróżył nic dobrego. Niebieskie oczy pałały złością.



- Nie! - rzuciła krótko. - Jestem bardzo zajęta i nie mam czasu na randki. - Przykro mi, ale muszę już iść. I nie czekając na reakcję okularnika Zuzanna poderwała się ze stołka niczym spłoszona antylopa i wybiegła z kafejki. Dopiero gdy wchodziła do muzeum przypomniała sobie, że nie zabrała kawy, która została na ladzie w kafejce.



 



***




Po nieudanym wyjściu na kawę Zuzanna spędziła w pracy jeszcze cztery godziny po czym obolała od ciągłego siedzenia za biurkiem wyłączyła komputer i opuściła magazyn, i pożegnawszy się z portierem, u którego zostawiła klucz wyszła z muzeum. Odetchnęła świeżym powietrzem i wolnym krokiem ruszyła w stronę domu.



- Ta praca mnie niedługo wykończy, pomyślała. - Ale przynajmniej dzięki niej nie myślę o Matuszu, więc to jest już jakiś plus tego zajęcia.



W domu Zuzanna odświeżyła się i zjadła obiad z ciocią Adelą i odpoczywała czytając książkę. Wieczorem zadzwoniła do mamy, informując ją, że radzi sobie świetnie a później rozmawiała jeszcze pół godziny na skypie z Pauliną. Rozmowa z przyjaciółką poprawiła jej nastrój i Zuzanna czuła, że wszystko zaczyna wracać do normalności.



- Może jeszcze będę szczęśliwa? - pomyślała i położyła się spać.


Anioł Stróż 2014-02-19

Rozdział II


Gdy rano Zuzanna otworzyła oczy w pierwszej chwili nie wiedziała, gdzie się znajduje. Jednak zaraz przypomniała sobie ostatnie koszmarne tygodnie i później przyjazd tutaj. Była u cioci Adeli. Zaskoczona tym, że przespała całą noc, i że trochę lepiej się czuje postanowiła, że od dzisiaj koniec z użalaniem się nad sobą. Odsunęła kołdrę i wstała z łóżka. Przeciągnęła się i tłumiąc ziewnięcie wyjrzała przez okno. Mimo, że był wczesny ranek świeciło promienne słońce. Niebo było błękitne z sunącymi leniwie białymi obłokami. Zuzanna poczuła zapach kawy dochodzący z kuchni i żołądek ścisnął jej się z głodu. Wracał jej apetyt. Był to dobry znak i poczuła, że wszystko powoli wraca do normy. Narzuciła szlafrok na piżamę i wsunęła stopy w kapcie stojące przy łóżku, po czym wyszła z pokoju kierując się w stronę aromatycznego zapachu świeżej kawy. Wreszcie znalazła kuchnię, która urządzona była w stonowanych, ale jasnych kolorach. Widne okno wychodziło na ulicę i wpuszczało dużo światła do środka. Wysoka, siwa lodówka, dalej kuchenka i blat, na którym przygotowuje się posiłki. Brązowe szafki dopełniały całość. W kuchni było dużo kolorowych kwiatów, które stały w glinianych, ozdobnych doniczkach. Jedne na komodzie, drugie na stole i kilka na parapecie. Na stole leżał biały, haftowany obrus, stał dzbanek z kawą i świeże kwiaty w wazonie. Ciocia ubrana w pomarańczowy, bawełniany szlafrok siedziała przy stole i piła kawę z dużej, białej filiżanki w złote kółka.



- Dzień dobry ciociu - przywitała się Zuzanna wchodząc do kuchni.



- Dzień dobry. Ciotka rozpromieniła się na jej widok. - Jak Ci się spało na nowym miejscu? - zagadnęła. - Weź filiżankę z kredensu i nalej sobie kawy. Świeżo parzyłam dzisiaj. Nie ma to jak zacząć dzień od porannej dawki kofeiny. Od razu stawia człowieka na nogi.



- Chyba zmiana miejsca dobrze mi zrobiła, bo przespałam całą noc - stwierdziła Zuzanna wyjmując filiżankę z kredensu i odwracając się w stronę ciotki. Podeszła do stołu i nalała sobie kawy z dużego, brązowego dzbanka i usiadła obok Adeli. Upiła łyk aromatycznego napoju z filiżanki.



- Pyszna kawa ciociu, dawno takiej nie piłam. Zaraz po śniadaniu wybieram się do muzeum. Zapytam o tę pracę, o której mi wspominałaś. Na jakiej to jest ulicy?



- Na Polnej. Trafisz tam bez trudu, bo obok znajduje się ratusz miejski i widać go z daleka. Kieruj się w jego stronę. Muzeum Miejskie to taki biały budynek z czarnymi kolumnami - wyjaśniła jej Adela.



- Na pewno trafię ciociu. Nie martw się. Zuzanna dopiła kawę i podniosła się z krzesła. - Idę się przebrać i zaraz wychodzę. - Może zrobić po drodze jakieś zakupy? - zapytała patrząc na Adelę z troską. - Dobrze się czujesz ciociu?



- Bywało gorzej, ale już pogodziłam się z tym, że mam chore serce, i że najmniejszy wysiłek sprawia mi trudność. Machnęła ręką. - Jednak dużo gorsza od tego wszystkiego jest samotność. Siedząc sama w tych czterech ścinach czułam się coraz bardziej przygnębiona -  wzrok miała przygaszony a sylwetkę lekko zgarbioną. - Wszystko mam, gdybym czegoś potrzebowała dam Ci znać Zuzanno - obiecała.



- Jestem Ci bardzo wdzięczna ciociu za to, że mogę tu mieszkać i nie wiem jak się mogę odwdzięczyć za to. Nawet nie wiesz jak mi pomagasz -  uścisnęła ciotkę. - Będzie dobrze. We dwie jakoś damy sobie radę - starała się ją pocieszyć Zuzanna, po czym wyszła z kuchni zostawiając pogrążoną w myślach Adelę.





***



Gdy Zuzanna wyszła z domu było już po dziewiątej. Ubrała się w jasnoróżową sukienkę w brązowe groszki i płaszczyk w kolorze latte. Włosy lśniły jej w słońcu. Naturalny makijaż tylko podkreślał urodę Zuzanny. Kobieta z uwagą oglądała znajdujące się wzdłuż ulicy zabytkowe niedawno odnowione kamienice, liczne sklepy i kawiarnie. Przy głównej alei znajdował się też bank, poczta i urząd miasta. Z daleka widać było wznoszący się budynek ratusza. Po niecałych dziesięciu minutach znalazła się przed gmachem muzeum. Weszła do środka i rozejrzała się z uwagą. Na lewo od wejścia znajdowała się przestronna sala muzealna z licznymi eksponatami. Drzwi były otwarte i Zuzanna dostrzegła stojące w gablotach przeróżne figurki i posągi. Na ścianach wisiały wiekowe obrazy w złotych ramach przedstawiające średniowiecznych władców. Z pomieszczenia w głębi korytarza wyszedł ubrany w brązowy garnitur szpakowaty mężczyzna w średnim wieku i zauważywszy Zuzannę podszedł do niej z uśmiechem i taksując ją wzrokiem zagadnął:



- Dzień dobry, w czym mogę pomóc tak pięknej kobiecie?



Przyzwyczajona do tego, że mężczyźni z nią flirtują Zuzanna uśmiechnęła się kwaśno. Czuła się trochę nieswojo pod lustrującym ją niczym rentgen wzrokiem zza drucianych okularów, ale wzięła głęboki oddech i uprzejmie odparła:



- Dzień dobry. Nazywam się Zuzanna Sękowska i jestem historykiem sztuki. - Podobno szukacie państwo kogoś do inwentaryzacji zbiorów?



- Jestem kustoszem tego muzeum. Magister Tomasz Marczakowski - przedstawił się mężczyzna i wyciągnął rękę w stronę Zuzanny. Kobieta lekko odwzajemniła uścisk, ale speszona taksującym wzrokiem Marczakowskiego odwróciła wzrok. Na jej policzki wystąpił rumieniec bardziej gniewu niż wstydu. W takich chwilach, jak ta Zuzanna nie wiedziała czy ma przeklinać swoją urodę czy za nią dziękować.



- Zapraszam do mojego gabinetu. Tam porozmawiamy - mówiąc to kustosz ruszył w stronę otwartych drzwi do pokoju znajdującego się w głębi głównego hallu a Zuzanna chcąc nie chcąc podążyła za nim. Pokój, w którym się znaleźli był pokaźnych rozmiarów pomieszczeniem. Na wszystkich trzech ścianach znajdowały się regały sięgające od podłogi aż pod sam sufit, na których ciasno ułożone jedna przy drugich znajdowały się oprawione w skórę dzieła. Było ich tysiące a sądząc po ich wyglądzie mogły pochodzić sprzed kilkuset lat albo i dłużej. - Z pewnością znalazłyby się tutaj jakieś białe kruki, przemknęło jej przez myśl. Pośrodku pokoju stało prostokątne, masywne, dębowe biurko z ozdobnymi nogami. Drewniany, bogato zdobiony tron obity czerwoną tapicerką służył kustoszowi jako krzesło. Na biurku piętrzyły się teczki z dokumentami. Na rogu stał wazon z porcelany i popiersie Zeusa wykonane z gipsu.



- Proszę usiąść pani Zuzanno - wyrwały ją z zmyślenia słowa magistra Marczakowskiego. Zauważyła, że kustosz niczym kwoka na grzędzie sadowi się na swoim tronie. Widząc to z trudem stłumiła wesołość. Był to iście zabawny widok. Mimo tego magister sprawiał wrażenie wilka czyhającego na swoją ofiarę, bo tak czujnie wpatrywał się w Zuzannę, że ta znów poczuła się nieswojo. Niemiły dreszcz przebiegł jej po plecach, wzdrygnęła się i starając ukryć narastające rozdrażnienie podjęła:



- Po studiach na półrocznym stażu zajmowałam się inwentaryzacją zbiorów w Muzeum Narodowym w Warszawie, więc mam doświadczenie w takich pracach. Wiem na czym polega katalogowanie. Potrafię rozpoznać z jakiego okresu pochodzi dany przedmiot albo czyjego jest autorstwa.



- Doskonale, właśnie ktoś taki jest nam potrzebny! Kustosz aż zatarł ręce z zadowolenia. - Nasze muzeum nie ma tak licznych zbiorów, jak to w którym pani miała praktyki, ale niedawno otrzymaliśmy spadek po pewnym dziwaku i samotniku - kolekcjonerze starych antyków, obrazów i przeróżnych starodawnych przedmiotów, które trzeba opisać i skatalogować oraz ocenić czy mają jakąś wartość kulturową - wyjaśnił kustosz. - Spadła mi pani dosłownie z nieba i byłbym bardzo wdzięczny gdyby podjęła się pani tego zajęcia. Oczywiście za dobrą pensję. Mogę sobie na to pozwolić, bo właśnie dostaliśmy dofinansowanie z Ministerstwa Kultury i Sztuki.



- A od kiedy miałabym zacząć? - chciała wiedzieć Zuzanna. Była mile zaskoczona tym, że tak łatwo otrzymała tę posadę. Nie spodziewała się, że wszystko tak gładko pójdzie.



- Choćby od zaraz. Może oprowadzę panią po naszym muzeum? - zaproponował uradowany kustosz. - A później pokażę, gdzie znajdują się zbiory do skatalogowania i inwentaryzacji. W razie jakichkolwiek pytań czy trudności proszę się do mnie zgłaszać ja chętnie służę pani swoją pomocą i doświadczeniem - zaofiarował się kustosz przy czym puścił oko do Zuzanny. - W co ja się wpakowałam, pomyślała z westchnieniem.



***



Po dopełnieniu wszystkich formalności związanych z zatrudnieniem jej na stanowisko pomocnika kustosza Zuzanna została oprowadzona przez magistra Marczakowskiego po całym gmachu muzeum. Kustosz pokazywał wszystkie eksponaty i opowiadał o nich chodząc wypięty i dumny niczym paw - zdążyła zauważyć Zuzanna. Jednak wiedzę posiadał ogromną to musiała mu przyznać. Widać było, że historia sztuki to jego konik, i że kustosz bardzo lubi swoją pracę. Na deser Marczakowski zostawił pomieszczenie, które było jednocześnie magazynem i składowiskiem eksponatów otrzymywanych od darczyńców i kolekcjonerów z całego powiatu a czasem i z województwa. Gdy znaleźli się przed brązowymi, drewnianymi drzwiami kustosz wyjął z kieszeni mosiężny, ozdobny klucz i otworzywszy nim drzwi wszedł do środka.



- Proszę śmiało wchodzić pani Zuzanno - polecił. Kobieta w odpowiedzi skinęła głową i weszła za nim do wnętrza. Pomieszczenie było średnich rozmiarów magazynem zawalonym przeróżnymi starymi antykami, obrazami z różnych epok, przedmiotami z brązu, mosiądzu i posrebrzanymi szablami, kielichami i grubymi, opasłymi tomami sprzed kilkudziesięciu lat.



- To będzie pani miejsce pracy przez najbliższe kilka miesięcy. Wstawimy tutaj biurko, komputer, kilka segregatorów oraz wszystko to, co pani będzie potrzebne do inwentaryzacji i spisu znajdujących się w tym magazynie zabytkowych przedmiotów - ciągnął kustosz. - Myślę, że dzisiaj jeszcze dam pani wolne a od jutra zacznie pani inwentaryzację Zuzanno.



- Oczywiście panie kustoszu - Zuzanna odetchnęła z ulgą i wyszła z magazynu. Muszę się przygotować psychicznie do tej pracy, pomyślała, ale dobry humor jej nie opuszczał. Pożegnała się z kustoszem i opuściła muzeum. W domu była po kwadransie. Spacer w słoneczne przedpołudnie dobrze jej zrobił. Czuła się odprężona. Ciocia Adela ucieszyła się na wieść, że dziewczyna dostała posadę w muzeum i serdecznie pogratulowała jej nowego zajęcia. Po czym Zuzanna udała się do swojego pokoju, żeby odpocząć a Adela wróciła do siebie i swoich robótek ręcznych, którymi zajmowała się od dobrych kilku lat. Było to jej dodatkowe źródło dochodu i jedyne niezbyt męczące zajęcie, które bardzo lubiła i które mogła wykonywać przy swoim słabym sercu.




***



Odświeżona po pracy Zuzanna położyła się na łóżku i zamyśliła. Zastanawiała się, czy szybko przywyknie do nowego miejsca. - Muszę wreszcie zapomnieć o Mateuszu - myślała, choć nadal sprawiało jej to ból. Tęskniła za rodziną i znajomymi oraz za swoją przyjaciółką - Pauliną, ale skoro już zdecydowała się na przyjazd tutaj to nie mogła teraz wrócić. - Muszę zacząć nowe życie z dala od tego wszystkiego, co przypomina mi lata spędzone z Mateuszem. Muszę raz na zawsze wyrwać go ze swojego serca, postanowiła. Po czym sięgnęła po jedną z książek leżących na nocnej szafce i otworzywszy na pierwszej stronie pogrążyła się w lekturze.



***



Wieczorem Zuzanna zjadła kolację wspólnie z ciocią Adelą. Później obejrzały film w telewizji. Leciała jakaś komedia romantyczna. Zuzannie od razu włączył się melancholijny nastrój, ale starała się nie rozkleić, zwłaszcza przy cioci. Miała już dość wszystkich tych, którzy ją pocieszali. Wiedziała, że chcą dla niej jak najlepiej ale nie chciała niczyjej litości ani współczucia. To były jej błędy i sama musi za nie płacić. Złamanym sercem.



- Idę wcześniej położyć się spać. Dobranoc ciociu.



Adela spojrzała na nią z niepokojem, ale nic nie powiedziała. Z własnego doświadczenia wiedziała, że na wyleczenie złamanego serce najlepszym lekarstwem jest czas. Zuzanna wyszła z pokoju. Stała przez chwilę w korytarzu opierając się o ścianę i próbując zapanować nad niechcianymi łzami, które napłynęły jej do oczu. Wzięła głęboki oddech i pomyślała o czymś przyjemnym. Wyobraziła sobie wielkie pudełko lodów czekoladowych z polewą malinową i od razu poczuła się lepiej. Ruszyła wolnym krokiem do swojego pokoju.



- Jutro czeka mnie ciężki dzień, pomyślała wchodząc do łazienki. - Ale może dzięki temu, że mam nowe zajęcie szybciej o nim zapomnę. Nawet nie chciała wypowiadać imienia byłego narzeczonego. Dla niej Mateusz już nie istniał. Pocieszona tą myślą Zuzanna popatrzyła w swoje odbicie w lustrze i nagle uśmiechnęła się do siebie. - Dasz radę Zuza!





Anioł Stróż 2014-02-18

Prolog



Zuzannę obudził dziwny, złowieszczy i mrożący krew w żyłach dźwięk. Była północ i chociaż za oknem świecił księżyc w pokoju panował półmrok. Znowu usłyszała ten sam odgłos, co poprzednio i zamarła próbując usłyszeć skąd dobiega ów dziwny, przerażający pomruk. Sparaliżowana strachem nie mogła się ruszyć. Coś skrobało w okiennicę. W oddali zahuczała sowa, gwałtowny podmuch wiatru szerzej uchylił otwarte okno i do pokoju wpadł strumień lodowatego powietrza. Zuzanna zadrżała i szczelniej okryła się kołdrą. Upiorny dźwięk rozdarł cieszę. Ni to stukot ni to chrobot dobiegał zza drzwi. Przerażona poczuła, jak ze strachu po plecach spływa jej strużka zimnego potu. Zadrżała jeszcze gwałtowniej. Było jej na przemian to zimno to znów gorąco, serce waliło jej jak oszalałe. I nagle dobiegł ją inny dźwięk. Bardziej intensywny, monotonny, dobiegający z wnętrza domu. Dźwięk przybierał na sile i w pewnej chwili Zuzanna usłyszała odgłos przypominający stukot metalowego łańcucha o podłogę. Wtem klamka w drzwiach delikatnie drgnęła. Ktoś próbował cicho otworzyć drzwi! Panicznie przestraszona wstrzymała oddech i naciągnęła kołdrę aż pod samą brodę, i utkwiła przerażone spojrzenie w powoli uchylających się drzwiach. Miała wrażenie jakby czas się zatrzymał a straszliwa chwila trwała całe wieki, gdy drzwi się otworzyły z cichym skrzypnięciem i zapadła grobowa cisza, którą po mrożącej krew w żyłach chwili przeniknął odgłos przesuwanego po podłodze łańcucha i szelest przypominający poszum zeschłych liści na wietrze. W powietrzu czuć było zapach stęchlizny, rozkładu i jeszcze czegoś dziwnego, czego nie mogła do niczego porównać. Zapach śmierci. Cień za drzwiami poruszył się, drzwi uchyliły się szerzej i przerażona Zuzanna ujrzała ciemną, wysoką postać, która sunęła powoli w jej kierunku. Czarny płaszcz z kapturem szczelnie okrywał zjawę od góry do dołu. Ze strachu Zuzannie włosy zjeżyły się na karku, serce podeszło do gardła i miała wrażenie, że zaraz wyskoczy jej z piersi. Upiorna postać zbliżała się stukając łańcuchami, których w ciemności nigdzie nie było widać. Przelękniona do głębi spojrzała na twarz upiornej zjawy. Przez chwilę widziała tylko niewyraźną, ciemną plamę, gdy nagle z ciemności wyłoniły się dwa intensywnie żarzące się czerwone punkty. Były to oczy upiora. To właśnie te oczy prześladowały w koszmarach, które od tygodnia nawiedzały ją w snach.



- To nie może dziać się naprawdę, pomyślała przerażona. Jednak upiór z jej koszmarów zbliżył się już do jej łóżka i wyciągnął w jej stronę długą, kościstą, ociekającą krwią rękę...











Rozdział I



Zuzanna patrzyła na krajobraz przesuwający się leniwie za szybą pociągu. Jechała już trzy godziny i marzyła tylko tym, żeby wreszcie znaleźć się na miejscu i odpocząć. Od tej chwili zaczynała bowiem wszystko od początku. Kiedy jej pięcioletni związek rozpadł się, bo Zuzanna odkryła, że jej narzeczony prowadzi podwójne życie, i gdy dowiedziała się o licznych zdradach Mateusza natychmiast zerwała zaręczyny i jeszcze tego samego dnia wystawiła jego walizki za drzwi. Nie chciała słuchać tłumaczeń podłego kłamcy, z którym planowała wspólną przyszłość ani tym bardziej go widzieć, bo już sam jego widok sprawiał, że miała ochotę udusić go gołymi rękami. Tak bardzo była na niego wściekła. Złamał jej serce i jeszcze miał czelność prosić o wybaczenie. Takich rzeczy się nie wybacza! Zdrada jest zdradą i nie ma nic gorszego od zawiedzionego zaufania, którego nie da się już odbudować. Chociaż Zuzanna bardziej zła była na siebie za to, że dała się tak długo wodzić za nos, i że wierzyła we wszystkie kłamstwa, którymi w ostatnich miesiącach karmił ją narzeczony. Już od roku zaczęło się miedzy nimi psuć. To od tego czasu Mateusz zaczął prowadzić podwójne życie u boku narzeczonej i kochanki. A Zuzanna niczego nieświadoma próbowała ratować ich sypiący się związek. Teraz wiedziała już, że niepotrzebnie. Jedynym wyjściem w tej sytuacji był dla niej wyjazd z miasta. Byle dalej od niewiernego byłego już teraz narzeczonego. Tydzień później Zuzanna spakowała się i pojechała taksówką na dworzec. Zaplanowała, że pojedzie do siostry swojej babci, która mieszkała w małym, dwudziestotysięcznym mieście na północnym Mazowszu. W porównaniu z dwumilionową Warszawą, z której właśnie wyjechała nowe miejsce miało być ciche i spokojne. Tam nikt nie żył w pośpiechu i to Zuzannie odpowiadało najbardziej. Potrzebowała teraz spokoju i odpoczynku. Ciocia bardzo się ucieszyła na wieść, że Zuzanna do niej przyjeżdza i, że planuje zostać tam na dłużej. Ciotka Adela liczyła sobie już ponad sześćdziesiąt lat i od pewnego czasu uskarżała się na problemy z sercem. Przyjazd Zuzanny był dla niej niczym zrządzenie losu. Za oknem było już ciemno, gdy pociąg wtoczył się wreszcie na stację. Zuzanna podniosła się z siedzenia i sięgnęła po dużą walizkę z półki nad głową. Walizka wypchana była do granic możliwości więc z trudem wytaszczyła ją z pociągu. Wyszła na peron i rozejrzała się w poszukiwaniu taksówki. Wreszcie ujrzała, jak jedna podjeżdża na postój znajdujący się tuż koło dworca. Z ulgą dotarła na parking i podeszła do auta. Kierowca - siwy, starszy mężczyzna, wysiadł i pomógł Zuzannie zapakować walizkę do bagażnika.



- Dokąd jedziemy proszę pani? - zapytał z galanterią w głosie.



- Na ulicę Malinową 13 poproszę - odrzekła uprzejmym tonem Zuzanna. Po chwili ruszyli. Jazda trwała niecałe siedem minut. Wreszcie samochód zatrzymał się przed małym, murowanym domem pomalowanym jasnożółtą farbą. Dach pokrywała brązowa dachówka. Zuzanna zapłaciła za kurs i wysiadła z samochodu. Kierowca wyjął bagaż Zuzanny i pożegnawszy się z nią odjechał. Kobieta stanęła przed furtką i wzięła głęboki oddech. Wdychała świeże, ożywcze powietrze. O tej porze było już ciepło, choć była dopiero połowa kwietnia. A dokładnie trzynasty kwietnia. Zuzanna zdała sobie sprawę z tego, że od pewnego czasu liczba trzynaście coraz częściej ją prześladuje. Ale wzieła to za dobry omen, bo nie była przesądna i nigdy nie wierzyła w takie głupoty, jak piątek trzynastego czy, że będzie miała pecha, bo czarny kot przebiegł jej przez drogę. Uśmiechając się do swoich myśli jedną ręką otworzyła furtkę a drugą pociągnęła za sobą swoją wielką walizkę i ruszyła ścieżką prowadzącą do domku, i weszła na na schodki. Nacisnęła przycisk dzwonka. Przez okno w kuchni świeciło się światło, więc Zuzanna uznała, że ciocia jeszcze nie śpi i prawdopodobnie czeka na nią. I rzeczywiście po chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich ciotka Adela. Kobieta nic się nie zmieniła od czasu, gdy Zuzanna widziała ją po raz ostatni, czyli dwa lata temu. Ciocia wciąż miała krótkie, ale grube i ciemne włosy, teraz naznaczone już siwymi pasmami przy skroniach. Twarz miała pogodną, choć brązowe oczy były przygaszone i zmęczone. Na widok Zuzanny rozbłysły. Cerę miała bardzo bladą, naznaczoną licznymi zmarszczkami świadczącymi o upływającym nieubłaganie czasie. Ciocia Adela była chuda, drobna i koścista. Jej szczupłe ciało okrywała bawełniana sukienka w kolorze kawy z mlekiem i błękitna bluzka z długimi rękawami. Wokół szyi miała okręconą apaszkę w niebieskie i brązowe kwiaty. Na widok Zuzanny twarz ciotki Adeli rozjaśniła się i kobieta uśmiechnęła się promiennie, ukazując równe, ładne zęby.



- Dobry wieczór ciociu - przywitała się Zuzanna.



- Witaj Zuzanno, czekałam na ciebie! - Zapraszam! Nie stój tak w wejściu, wchodź do środka! Pewnie padasz z nóg? Adela zrobiła zapraszający ruch ręką i odsunęła się robiąc miejsce Zuzannie, która weszła do korytarza ciągnąc za sobą walizkę.



- Nawet nie wiesz jaką radość sprawił mi twój przyjazd. Ta samotność zaczęła mi już doskwierać.



W odpowiedzi Zuzanna uśmiechnęła się do niej i zamknęła drzwi, po czym wzięła ciotkę w objęcia i pocałowała ją w policzek.



- Ja też się cieszę, że cię widzę ciociu.



Adela zmierzyła dziewczynę zatroskanym wzrokiem.



- Wiem od twojej matki, że rozstałaś się z Mateuszem. A to łajdak z tego twojego narzeczonego. Wydawał się być takim porządnym, młodym człowiekiem.



- To były tylko pozory ciociu - wtrąciła Zuzanna i posmutniała nagle, starając się stłumić napływające do jej oczu niechciane łzy. Ciotka zauważyła reakcję dziewczyny i starała się ją pocieszyć.



- Nie myśl już o tym - poradziła. - Zobaczysz, że niedługo on będzie żałował tego, co zrobił i zda sobie sprawę z tego jaką wspaniałą kobietę stracił. On nie był ciebie wart Zuzanno. - Zobaczysz, że jeszcze trafi Ci się mężczyzna o jakim od zawsze marzyłaś.



Słowa ciotki miały okazać się prorocze.



- Nie mam teraz ochoty na żadne związki ciociu - odparła Zuzanna a na jej twarzy malowała się rezygnacja. - Mężczyźni to zdradzieckie świnie niegodne zaufania!



Wciąż była wściekła na narzeczonego za to, jak ją potraktował. Wiedziała, że to przez niego nieprędko zaufa znowu jakiemukolwiek mężczyźnie. Odkąd pamiętała Zuzanna nie narzekała na brak powodzenia u płci przeciwnej. Za to miała pecha w wyborze partnerów. Zwykle przekonywała się o tym po kilku randkach. Najczęściej mężczyźni, z którymi się spotykała okazywali się być albo egoistami zapatrzonymi w siebie, albo maminsynkami niezdolnymi do podjęcia samodzielnie jakiejkolwiek decyzji, albo byli to przystojniacy, dla których Zuzanna miała być tylko dodatkiem, ozdobą. Mateusz wydawał się być tym właściwym, normalnym, idealnym, ale on także ją zawiódł. Okazał się zwykłym dupkiem. Postanowiła, że nie uroni przez niego ani jednej łzy więcej.



Zuzanna pomimo swoich dwudziestu siedmiu lat wciąż wyglądała na dwudziestolatkę. Była to zasługa dobrych genów i zdrowego trybu życia. Była wysoka i szczupła niczym modelka. Miała piękne niebieskie oczy, mały lekko zadarty nosek i pełne, różowe usta, cerę zdrową i promienną. Włosy w kolorze karmelu były poskręcane w loki i sięgały jej do połowy pleców. Zuzanna uważała je za swój atut i była z nich bardzo zadowolona. A jednak czasem przeklinała swoją urodę, bo do tej pory nie przyniosła jej ona nic dobrego. Teraz, gdy postanowiła odpocząć od mężczyzn i od związków, co innego miało stać się ważne w jej życiu. Była to praca i wyłącznie na tym zamierzała się skupić.



- Przygotowałam dla Ciebie pokój Zuzanno - wyrwały ją z zamyślenia słowa ciotki Adeli. - Chodź pokażę ci gdzie jest twój pokój oraz gdzie się znajdują łazienka i kuchnia. Możesz z nich korzystać wedle uznania.



Zuzanna zdjęła płaszcz i powiesiła go na wieszaku, po czym zmieniła buty na ciepłe, niebieskie kapcie, które ze sobą przywiozła. Przejrzała się w dużym lustrze wiszącym w korytarzu i stwierdziła, że wygląda nie najgorzej zważywszy na męczącą podróż i koszmarny tydzień. Ciągnąc walizkę z trudem poczłapała za ciocią. W tej chwili marzyła tylko o gorącej kąpieli i wygodnym łóżku. Pokój, w którym miała mieszkać znajdował się w lewym skrzydle domu. Lawendowe ściany tworzyły idealne tło dla ciemnych mebli. Pod oknem stało duże łóżko przykryte narzutą w jasnoniebieskie kwiatki. Na łóżku leżały dwie biało - fioletowe poduszki. Obok łóżka znajdowała się mała szafka nocna, na której stała lampa z kremowym abażurem. Na podłodze leżał cienki dywanik w kolorze wanilii, a pod ścianą stała duża dwudrzwiowa szafa z lustrem. Po przeciwnej stronie znajdował się regał z książkami i komoda. Pokój należał kiedyś do najstarszej córki cioci Adeli - Marleny, która teraz mieszkała w Amsterdamie, gdzie robiła karierę jako wzięta pani architekt. Zuzanna nie przepadała za kuzynką, bo ta bardzo zadzierała nosa i zawsze uważała się za lepszą od innych. Ale tylko dlatego, że nie lubiła Marleny nie zamierzała teraz kręcić nosem na pokój po niej. Dla Zuzanny nie miało większego znaczenia to gdzie będzie spała, bo drobiazgami nie zamierzała zaprzątać sobie głowy. Myślała teraz o tym, jak pozbierać się po rozstaniu z niewiernym narzeczonym i o tym, że musi poszukać pracy. Żeby odzyskać równowagę musiała zająć czymś myśli, a praca była najlepszym lekarstwem na złamane serce. Bynajmniej dla Zuzanny. Jej zawsze praca pomagała na smutki i kłopoty. Było to lepsze niż jakakolwiek terapia. I książki, które Zuzanna z zapamiętaniem czytała. Z wykształcenia była historykiem sztuki, ale do tej pory nie pracowała w zawodzie. Skończyła również bibliotekoznawstwo i zaraz po studiach zatrudniła się w jednej ze stołecznych bibliotek. Przepracowała tam trzy lata. Lubiła swoją pracę i najbardziej żałowała tego, że musiała zrezygnować z niej na rzecz wyjazdu. Ciocia Adela wspominała jednak, że w miejscowym muzeum poszukują kogoś do inwentaryzacji zbiorów, więc Zuzanna postanowiła, że jutro z samego rana pójdzie tam i zapyta o tę posadę. Z tymi myślami zaczęła rozpakowywać walizkę. Ubrania zawiesiła w szafie. Garderobę Zuzanny stanowiły głównie dopasowane sukienki i spódnice w pastelowych kolorach. Kosmetyki, których miała niewiele włożyła do szuflady w komodzie. Podłączyła telefon do ładowarki a z torby wyjęła swojego laptopa i położyła go na stoliku przy oknie. Kilka książek, które ze sobą zabrała, ułożyła w stosie na nocnej szafce. W bezsenne noce będą jak znalazł. Z walizki wyjęła piżamę i kremowy szlafrok. W łazience znalazła czyste ręczniki i pastę do zębów oraz lawendowe mydełko. Wyjęła nową, niedawno kupioną szczoteczkę i umyła nią zęby. Przemyła twarz płynem miceralnym i wklepała krem pod oczy. Cera jej się trochę zaróżowiła, ale nadal miała cienie pod oczami. Rozebrała się szybko i wzięła prysznic. Zajęło jej to trzy minuty. Przebrana w piżamy i odświeżona od razu poczuła się lepiej. Jednak zmęczenie dało o sobie znać i ledwo, co położyła się do łóżka a już spała. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego jak bardzo przyjazd tutaj wywróci jej życie do góry nogami.











Nie ma nas 2014-02-16

Nasze serca otula mgła



nasze oczy nie mają jak się spotkać



nasze dusze przepełnia tęsknota



opadamy jak liście na ziemię



lekko wirując na wietrze



nie potrafimy przyznać się do tego



że nam zależy



że chcemy...



Powiedz mi jak długo będziemy tak trwać



w zawieszeniu



czekając na coś co nigdy nie nastąpi



chwile szczęścia minęły bezpowrotnie



już nie ma nas...





Mroczna dusza 2014-02-09

Mroczna dusza


 
Marwin wstrzymując oddech kulił się ze strachu za rogiem zamkowej baszty. Z duszą na ramieniu wyjrzał raz jeszcze. W świetle księżyca ujrzał przemykający wzdłuż muru długi cień i natychmiast poczuł jak dopływa do niego zła energia emanująca z cienia. Wzdrygnął się. Naciągnął kaptur płaszcza i powoli podniósł się chociaż nogi mu drżały i szczękał zębami z zimna. Jednak za wszelką cenę musiał dotrzeć do tajemnej komnaty, w której zostawił coś cennego. Zamkniętą w szkatułce swoją duszę. A teraz drżał ze strachu na samą myśl o tym, że ktoś mogłby wejść w jej posiadanie. Przeklinał swoją nierozwagę i lekkomyślność. Jak mógł być tak nieostrożny! Przerażenie ścisnęło go za gardło, gdy niespodziewanie za plecami usłyszał podejrzany szelest. Poczuł jak strużka zimnego potu spływa mu po plecach. Obejrzał się przez ramię lecz w ciemności niczego nie mógł dojrzeć. Było ciemno jak oko wykol, bo księżyc jak na złość schował się za chmurami. Marwin poczuł jak w jednej chwili ogarnia go złość i wściekłość a gorąca krew burzy się.
 - Uspokój się - nakazał sobie. - Tym razem nie możesz sobie pozwolić na żaden błąd. Raz jeszcze rozejrzał się uważnie na wszystkie strony, po czym ostrożnie stąpając ruszył wzdłuż kamiennej ściany. Gdy dotarł do bocznego wejścia do komnat znajdujących się na najwyższym piętrze zamku zatrzymał się i nasłuchiwał. Chciał mieć pewność, że jest sam. Miał zbyt wiele do stracenia, gdyby ktoś go uprzedził i zabrał szkatułkę. Wtedy byłby zgubiony na wieki a jego dusza uwięziona w ciele innego człowieka. Szedł i szedł schodami w dół. Gdy pomyślał już, że przyszło mu iść tak w nieskończoność schody skończyły się. W zdenerwowaniu zdał sobie sprawę, że je liczył. Schodów było tysiąc trzysta trzynaście. Marwin wziął to za zły omen, bo z natury był przesądny i wierzył, że pecha może na niego ściągnąć trzynastka i czarny kot. Splunął przez lewe ramię po czym wziął głęboki oddech i podszedł do drzwi z metalowymi okuciami, które zdobiła cyfra trzynaście. Nacisnął klamkę i drzwi uchyliły się z głośnym zgrzytem. Marwin poczuł strach chwytający go za gardło a dreszcze przebiegały mu po plecach. Wziął kilka oddechów dla uspokojenia, napiętych jak postronki nerwów i wślizgnął się do komnaty. Zamknął za sobą drzwi i natychmiast ogarnęła go ciemność. Spodziewając się tego Marwin wyciągnął z kieszeni płaszcza latarkę. Zapalił ją i ruszył w stronę biurka stojącego pod ścianą na której na regale jedna przy drugiej stały ciasno ułożone starodawne księgi. Już miał sięgnął po szkatułkę stojąca na biurku, gdy nagle w pomieszczeniu rozbłysło światło a Marwin zdrętwiał.
- Wiedziałem, że się zjawisz Marwinie - usłyszał złowrogi, przesiąknięty nienawiścią głos. Odwrócił się i ujrzał ciemną postać okrytą długim, czarnym płaszczem. Długa siwa broda starca ciągnęła się po podłodze. Złowróżebne oczy starca były przesiąknięte nienawiścią a spojrzenie zimne jak lód i nieruchome. Bez najmniejszego śladu jakichkolwiek przyjaznych uczuć. Marwin widząc to poczuł przerażenie tak wielkie, że instynktownie chciał rzucić się do wyjścia. Lecz staruch zasłonił je sobą i spojrzał na niego wzrokiem tak upiornym, że Marwin poczuł jak jego serce zamarza. Wpadł w panikę, zaczeło mu brakować powietrza. Czarne mroczki pojawiły się przed oczami i wciągnęła go czarna otchłań.
Gdy się ocknął pierwsze, co poczuł to chłód, wilgoć i ostry, pulsujący  ból z tyłu głowy. Gdy chciał unieść rękę i rozmasować bolące miejsce poczuł opór. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, że leży na lodowatej, kamiennej podłodze a na dłoniach ma kajdanki. Nogi też miał okute w żelazne pęta. Jednak najgorsze było z tego wszystkiego to, że dał się podejść jak głupi a w efekcie stracił szansę na odzyskanie swojej duszy. Na samą myśl, że ów przerażający staruch mógłby nią teraz zawładnąć Marwin poczuł jak blednie i ogarnia go zgroza. Nic nie miało już sensu. Nie teraz, gdy upiorny staruch uwięził go by tylko Marwin nie odzyskał swojej duszy.
Mrocznej duszy.
Bo Dusza Marwina była jedyną na świecie tak przesiąkniętą złem, że każdy kto się z nią zetknął natychmiast pogrążał się w szaleństwie...


 






Zakazany owoc 2014-02-06

,, Zakazany owoc ''


- Nie możemy tego robić - zaprotestowała słabo Julia pomimo tego, że myślała coś zupełnie innego. Pragnęła Grzegorza i nie potrafiła mu się oprzeć.


- Przecież oboje tego chcemy - odszepnął i znowu ją pocałował. Gwałtowne, namiętne pocałunki sprawiały, że wszelkie myśli wyleciały im z głowy. Byli tylko oni i namiętność, która grała im w sercach. Mieli dla siebie tylko kilka z trudem skradzionych minut. Kolejny raz oboje musieli posunąć się do kłamstwa byleby tylko spotkać się ze sobą. On powiedział żonie, że musi jechać do klienta a ona narzeczonemu, że musi zostać dłużej w pracy. Oboje doskonale wiedzieli o tym, że to co robią jest zakazane, ale siła która ich do siebie przyciągała przewyższała wszystko inne, w tym zdrowy rozsądek. Jak to mówią zakazany owoc smakuje najlepiej...


- Kiedy teraz się zobaczymy? W oczach Julii malował się smutek. Już tęskniła za Grzegorzem, widząc w jego oczach odbicie swoich własnych uczuć.


- Nie wiem, ale będę myślał o tobie i marzył o nas - wyznał. - Każda sekunda spędzona z tobą to dla mnie nagroda od życia. Wcześniej, gdy cię nie znałem czułem, że już nic dobrego w życiu mnie nie spotka.


- Ale jednak mnie spotkałeś na swojej drodze - uśmiechnęła się zalotnie Julia.


- I od tej chwili myślałem już tylko o tobie - odwzajemnił jej gorące spojrzenie - nie wierzyłem w swoje szczęście, gdy kobieta tak piękna, jak ty zwróciła na mnie swoją uwagę.


- Twoje usta tak mnie kuszą, że zapominam o rozsądku - i pocałowała go niespiesznie, czule, zmysłowo. On natychmiast odpowiedział na pocałunek. Krew szumiała im w uszach, języki splatały się zmysłowo, ciała domagały spełnienia. Ich oddechy mieszały się. Nie mogli oderwać od siebie ust.


- Musimy wracać... - szepnął po kilku minutach Grzegorz niechętnie odrywając się od pełnych, słodkich warg Julii smakujących malinami. Jej zapach oszałamiał. Piękne oczy były zamglone z pożądania. On też drżał i z trudem oddychał starając się dojść do siebie. Ostatni raz spojrzeli sobie w oczy i chwilę później ruszyli w stronę domu Julii.


- Dzisiaj też będę o tobie śniła - powiedziała na pożegnanie patrząc przed siebie. Bała się, że gdy spojrzy na Grzegorza zaraz się rozklei. Nie chciała żeby ukochany widział jej łzy.


- Julio zawsze jesteś pierwszą myślą, gdy wstaję i ostatnią, gdy zasypiam - odrzekł jej uważnie obserwując emocje malujące się na twarzy ukochanej. - I wiem, co czujesz, bo ja też przeklinam los za to, że tak namieszał w naszym życiu. Dałbym wszystko, żeby z tobą być ale...


- Nie kończ. Wiem, że masz rodzinę i ja nie karzę ci jej zostawiać. Musisz być z nimi. Ja to rozumiem i nigdy nie poproszę cię o to żebyś porzucił wszystko to, co masz by ze mną być.


- I za to jeszcze bardziej cię kocham Julio - spojrzenie miał pełne miłości, ale i smutku.


Ona czuła dokładnie to samo. Byli dwoma połówkami jabłka, które odnalazły się za późno by móc być razem. Parę chwil szczęścia to wszystko na co mogli sobie pozwolić.


***


Czy kiedyś będą w pełni szczęśliwi? Czy miłość musi boleć i nieść ze sobą cierpienie? Czy raniąc tych których kochamy ranimy i siebie? Te pytania stały się dla nich codziennością odkąd ich drogi się skrzyżowały.


Tego, co przyniesie los nie wie nikt, ale to my odpowiadamy za nasze życie i to my decydujemy o tym, co jest dla nas dobre, a co złe.


Zdrada boli najbardziej właśnie wtedy, gdy nie wiemy, że jesteśmy zdradzani... Jak bowiem mamy się bronić przed czymś nie wiedząc o tym, że coś nam zagraża? I co nam zagraża.


Ale z drugiej strony życie jest tylko jedno i trzeba je przeżyć najpełniej jak się da, nawet łamiąc własne zasady. Te dwie sprzeczności towarzyszą Julii i Grzegorzowi każdego dnia odkąd się poznali i sprawiają, że ani on ani ona nie są w pełni szczęśliwi. I nigdy nie będą.


Najwierniej oddaje całą sytuację stwierdzenie, że w życiu nie można mieć wszystkiego...


A miłość? Czym ona jest skoro niesie ze sobą tylko cierpienie? Zamiast radości i poczucia szczęścia. Nawet jeśli jest odwzajemniona to nigdy nie mamy gwarancji, że będzie ona trwała wiecznie...


Jest jeszcze jedno pytanie, które nasuwa się tutaj. Czy można kochać dwie osoby jednocześnie? Czy po prostu mylimy miłość z przywiązaniem i miłość z zauroczeniem?


 


Wiersz otęsknocie 2014-02-06

Jesteś w każdym moim śnie
myśl o tobie każdego dnia
jest przy mnie
i chociaż  jesteś daleko
ja wciąż czuję twoją obecność
tęsknota
rozrywa mi serce
nie umiem o tobie zapomnieć
i nie chcę
bo tylko do ciebie
już na zawsze należy
moje serce


BEZ CIEBIE 2014-02-05

bez ciebie nie ma mnie
czuję się obdarta z uczuć
a tęsknota każdego dnia zabija mnie
bez ciebie nie umiem cieszyć się życiem
na oślep podążam za głosem serca
które ciebie jednego pragnie i chce
nie potrafię wyrwać Cię ze swoich myśli
bo co dzień twój obraz zatruwa moją duszę
wiem, że powinnam i że muszę
zapomnieć o tym, co nas łączyło
żeby móc się wreszcie otworzyć na nową miłość
tylko powiedz mi jak mam to zrobić
gdy głupie serce na to nie pozwala
i okruszkami z twojego stołu wciąż się zadowala


Recenzja książki 2014-02-04

Recenzja książki Janet Evanovich ,,Stephanie Plum. Dziewczyny nie płaczą. Ósemka wygrywa.'' Tom VIII
,, Życie nie rozpieszczało Stephanie Plum. Jednak ona postanowiła chwycić byka za rogi i zostać agentem do spraw windykacji poręczeń, czyli łowcą nagród. We wszystkim, co robi wspiera ją babcia Mazurowa, która jest prawie jak Anioł Stróż, tyle że wścibski. Oczywiście nikt nie jest doskonały - nie da się zadowolić jednocześnie dwóch konkurujących ze sobą amantów i biegającego w swoim kółku głodnego chomika. Trzeba jeszcze pamiętać  o spluwie... że jest najczęściej w słoju na ciasteczka.''
O pomoc do Stephanie zwraca się Mabel Markovitz, której zaginęła wnuczka - Evelyn razem z córeczką Annie. Jeśli się nie znajdą Mabel straci dom. Co kryje się za ich zniknięciem? Czy zostały porwane? A może przed kimś się ukrywają? Były mąż Evelyn, który znęcał się nad nią także jej szuka...
Adwokat, który zajmował się sprawą rozwodową Evelyn - Albert Kloughn pomaga Stephanie ... i co tu dużo mówić jest dosyć oryginalną postacią... Sami zrozumiecie, o co chodzi, gdy pogrążycie się w lekturze tego tomu... Będzie zabawnie to mogę zdradzić ;) Czy tym razem Stephanie straci samochód? Albo kilka samochodów... Co tym razem - pożar? bomba? Czy Stephanie będzie znów musiała poprosić o pomoc Komandosa? I co z tego wyniknie? W dodatku na sofie w swoim mieszkaniu Plum znajdzie... zwłoki.
Szaleniec i mafiozo - Eddy Abruzzi będzie chciał zabić Stephanie, a gdy już ją dopadnie będzie ją torturował... Czy nasza bohaterka przeżyje? Kto przyjdzie jej z pomocą? Komandos? Morelli? Valerie? Babcia Mazurowa? Jeśli jesteście ciekawi zapraszam do lektury. Moim zdaniem jest godna polecenia i zapewniam, że warto się z nią zapoznać ;) Szybka akcja, ciekawe postacie, dużo adrenaliny to są główne zalety książki. Wady? Ja nie wypatrzyłam żadnych ;)
Polecam gorąco!


Tak rzadko 2014-02-02

Tak rzadko Cię spotykam
tak mało jest ciebie dla mnie
tak często brakuje mi twej obecności
tak dużo w moim sercu jest żaru, ognia, miłości
tak bardzo chciałabym cofnąć czas
tak niewiele mi trzeba byś znowu uwierzył w nas
tak samo mijają dni, gdy w smutku pogrążam się
tak bym chciała żebyś wreszcie zauważył mnie


Recenzja książki, tom VII 2014-02-02

Recenzja książki Janet Evanovich ,, Stephanie Plum. Dziewczyny nie płaczą. Szczęśliwa siódemka". Tom VII.
,,Przez większą część dzieciństwa moje aspiracje zawodowe były jasno sprecyzowane - chciałam zostać międzygalaktyczną księżniczką. Nie tyle zależało mi na rządzeniu hordami kosmitów, co bardzo chciałam mieć pelerynkę, seksowne buty i ekstrabroń. Zaszantażowałam więc mojego udzielającego poręczeń kuzyna, by dał mi robotę łowcy nagród.'' Tom siódmy przygód Stephanie Plum zaczyna się tym cytatem.
 I tym razem nasza bohaterka ściga przebiegłego gangstera Eddiego DeChoocha. Gdy Stephanie jedzie po swojego ns-a ten ucieka jej przez okno. A chwilę później znajdują z Lulą w jego szopie zwłoki Loretty Richi... Sprawa nie jest łatwa i Stephanie musi poprosić o pomoc Komandosa, ten stawia warunek: spędzenie razem nocy...
Żądna przygód babcia Mazurowa traci świeżo wyrobione prawo jazdy i zostaje porwana...
Co z tą sprawą ma Mary Maggie - gwiazda wrestlingu - zapaśniczka z Jamy Węża? Oraz Zakręt - kumpel Stephanie? Oraz tajemnicze zniknięcie Dougiego? A przede wszystkim co ma wspólnego z tymi sprawami znikniecie serca  Luigiego D.?
Znowu ktoś podpala samochód Stephanie a ona musi się przesiąść na motor i to nie byle jaki, bo harley...
Siostra Stephanie - Valerie postanawia zostać lesbijką...
Wizyta Stephanie u fryzjera kończy się zmianą koloru włosów na blond...
Jest także i Joe Morelli - jak tym razem ułoży się między nim a Stephanie? Czy będą jeszcze razem?
Na te inne pytania znajdziecie odpowiedzi w tej pełnej humoru i przygód książce, która z powodzeniem zastępuje najlepszy serial kryminalny. Ja gdybym miała wybierać czy wolę oglądac telewizję czy przeczytać tom VII przygód Stephanie Plum zdecydowanie wybrałabym książkę. Według mnie to najlepszy tom z serii. Mi książka bardzo się podobała i z pewnością do niej powrócę. I to nie raz. Gorąco polecam i zachęcam do lektury wielbicieli  Janet Evanovich oraz Stephanie Plum.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]